Serwis Diecezjalny o Misjach

 
   
A A A
A A A A

19 stycznia 2022 r. Imieniny obchodzą: Marta, Henryk, Mariusz

  Pamiętajmy o misjonarzach - to nasze misjonowanie.    
Afryka
Czad
Wybrzeże Kości Słoniowej
Kenia
 
Ameryka Płd.
Boliwia
Brazylia
Peru
 
Ameryka Płn.
Kanada
 
Wschód
Białoruś
Rosja
Ukraina
Syberia
Kazachstan
Byli misjonarze Wschodu
Wspomnienia i świadectwa o Wschodzie
Statystyka Kościoła Katolickiego w Rosji
 
Listy Misjonarzy
Ks. Stanisław Tymoszuk
Ks. Andrzej Duklewski
Ks. Jarosław Wiśniewski
Ks. Marek Kujda
Ks. Wojciech Kobyliński
Ks. Jarosław Mitrzak
Ks. Marek Jaśkowski
Ks. Adam Przywuski
Ks. Jan Miedzianowski
Ks. Tomasz Denicki
 
Byli misjonarze
Ks. Leon Łodziński
 
 
MENU
Gdzie ich spotkamy
Kontakt
Jak pomóc?
Inne formy pomocy
 
INFORMACJE
Aktualności
Nowa książka ks. Andrzeja Duklewskiego
KOMUNIKAT w kwestii ODLICZEŃ PODATKOWYCH
Pierwszy kościół na syberyjskiej północy
Statystyki Misyjne
Wsparcie poprzez Kirche in Not
 
MEDIA
Wywiady z misjonarzami
Książki
 
INSTYTUCJE
PDM
PDMD
CEME
 
Przydatne linki
MIsjeNaFB
Strona Komisji Episkopatu Polski d/s Misji
Kościół Rzymsko-Katolicki na Białorusi
Parafia w Tomsku
Radio Wnet
Rodacy na Syberii
Pomoc Polakom na Wschodzie
Blog ks. J. Mitrzaka
UCANEWS
Papieskie Intencje Misyjne
 
Współpraca
Portal Sancti
Koło Misyjne WSD Siedlce
Misjonarze na Podlasie 24
 
 
Darmowy licznik odwiedzin
 
Ks. Jan Miedzianowski
 
 

 

Wybierz kategorie:

List 5 (wywiad w Katolickim Echu Podlasia)

Wywiad z ks. Janem Miedzianowskim, pracującym w Peru, przebywajacym na urlopie zdrowotnym w rodzinnym Ostrowie Lubelskim, przeprowadzony przez dziennikarkę Echa Katolickiego

 

1. Trzy lata temu wyruszył Ksiądz do peruwiańskiej dżungli, by w Wikariacie Apostolskim San Ramon głosić Dobrą Nowinę. Proszę powiedzieć, jak narodziło się powołanie misyjne?

 

Moje powołanie misyjne od samego początku było związane z powołaniem do kapłaństwa. Pamiętam, że jeszcze przed wstąpieniem do seminarium duchownego obudził we mnie zainteresowanie misjami brat zakonny Władysław Chlebik, franciszkanin, pochodzący z mojej rodzinnej parafii Ostrów Lubelski. Jego wspomnienia z pracy misyjnej w Brazylii, opowieści o przygodach w dżungli, bardzo mnie zafascynowały. Bóg rozpoczął swoje dzieło w mym sercu. Już wtedy postanowiłem wyjechać do Brazylii. Jednak od postanowień do ich realizacji jest zazwyczaj długa droga. Na początku prowadziła ona po prostu przez poznawanie misji, misjonarzy, ich pracy i życia z czasopism religijnych, a potem ze spotkań z nimi organizowanych w seminarium duchownym. Zawsze podziwiałem ich zapał, odwagę i wiarę w Boga, który poprowadził ich na krańce ziemi, by głosić Ewangelię. Moje serce pałało słuchając tego czym żyli i czego doświadczali, jak uczniom z Emaus. Kiedy pewnego dnia pod koniec czwartego roku nauki w seminarium usłyszałem, że potrzeba kleryków do pracy przy budowie kościoła w Jekaterynburgu, w Rosji, nie mogłem oprzeć się wewnętrznemu wezwaniu Boga, by jechać. Nie przeszkodziły temu „czarne” opowieści o chorobach, kleszczach syberyjskich i innych niebezpieczeństwach, perswazje kolegów, czy niechęć rodziców. Wiedziałem, że jak nie pojadę, to do końca życia będę żałował, że zmarnowałem szansę poznania misji na Wschodzie. I do dziś nie żałuję tej mojej pierwszej przygody misyjnej, gdzie nie rozstając się z łopatą i taczką każdego dnia, wraz z moimi dwoma kolegami seminaryjnymi, a dziś kapłanami: Leonem Bobrowskim i Tomaszem Dudą (obecnie misjonarzem w Boliwii), pomagaliśmy parafianom przy budowie świątyni. Tam doświadczyłem po raz pierwszy wielkiej wiary i miłości tych ludzi do Boga i do drugiego człowieka, ich otwartości i przyjęcia nas jak swoich, tego jak Bóg działa poprzez swojego Ducha i daje poznać siebie, by pójść drogą Ewangelii. Czułem się tam jak u siebie w domu, jak w rodzinie, głównie za sprawą pracujących tam kapłanów: ks. Jerzego Paczuskiego i ks. Jarosława Mitrzaka, których gorliwość i zatroskanie była dla mnie, jako młodego kleryka, wspaniałym przykładem pracy duszpasterskiej. Do dziś żyją we mnie te wspomnienia z dalekiej Syberii. A co było potem? Szybko zleciały lata seminaryjnego przygotowania do kapłaństwa. Praca duszpasterska na parafii, nauka religii w szkole zajęły mnie tak, że myślenie o misjach jakby przygasło. To nie znaczy, że znikło. Pan Bóg miał wszystko zaplanowane. Nieoczekiwanie do Peru w 2001 roku wyjechał mój kolega ze szkolnej ławy Grzegorz Sagan. Bez znajomości języka, na krańce ziemi. Ale ma odwagę, myślałem, jechać tak w nieznane. I rzeczywiście ją miał, a także i silną wiarę. A teraz już wiem, że i powołanie do pracy na misjach. Częsty z nim kontakt, rozmowy telefoniczne były przygotowaniem, które Pan Jezus czynił, żeby w końcu wyciągnąć mnie do Peru na jego święcenia kapłańskie. Nie obyło się bez wątpliwości, które zły duch rozsiewa jak chwasty na polu, stwierdzeń, „a po co tam jechać, nie wystarczy pomodlić się tutaj w Polsce, tyle to pieniędzy kosztuje a i takie niebezpieczeństwa tam w tym dzikim kraju na człowieka czekają…” Każdy z nas w pewnym momencie staje przed podjęciem różnych ważnych decyzji i nie może słuchać tylko opinii innych, ale przede wszystkim własnego serca, w którym przemawia do nas Bóg. Przyjąłem więc to zaproszenie, nie tylko mojego kolegi, ale przede wszystkim mojego Pana, który tam mnie wzywał i pojechałem. Wybrałem się również bez znajomości języka i w dodatku sam w daleką podróż. A Pan Bóg tylko czeka na takie trudne dla nas sytuacje, żeby nam pomagać. Czułem jego obecność i pomoc. Niesamowite było spotkanie z Grzegorzem po paru latach niewidzenia się i znalezienie się w mieście liczącym ok. 8 mln mieszkańców - Limie, stolicy Peru. Potem jego święcenia kapłańskie w katedrze w San Ramon-stolicy wikariatu. Świątynia pełna ludzi, biskupi, kapłani miejscowi i oczywiście polscy misjonarze śpiewający „Życzymy, życzymy…” Radość wiernych z nowego kałana, który tam jest oczekiwany i potrzebny bardziej niż powietrze. Przez to wszystko On do mnie przemawiał i zapraszał. Ale chyba najbardziej doświadczyłem Bożego wołania w pewnej wiejskiej parafii w miejscowości Quillazú (Kijasu). Pojechaliśmy tam z Grzegorzem, jeszcze diakonem, i z proboszczem –już staruszkiem z sąsiedniej parafii, na mszę niedzielną. Kościół drewniany, dość duży, ludzi na mszy garstka, część przyszła w gumowcach, bo było deszczowo. I ta wielka radość, bo ksiądz przyjechał. Wtedy przyszła mi myśl: u nas na parafii jest sześciu księży, byłem wtedy w Parczewie w parafii św. Jana Chrzciciela, a tutaj nie ma nawet jednego… I to mi nie dawało spokoju. Miejscowy biskup, Chorwat, Gerard Zerdin zachęcał mnie, żebym przyjechał na misje wiele razy. Nie dałem jednoznacznej odpowiedzi. Musiałem to wszystko przemyśleć i przemodlić. Wiele moich wątpliwości rozwiała rozmowa z ks. Markiem Brulińskim, misjonarzem z Iquitos nad Amazonką, który na moje pytanie, co mam robić, odpowiedział mi: „Bóg zawsze chce, żebyś przyjechał, ale czy ty chcesz…?” „Czy ty chcesz?” towarzyszyło mi przez cały czas po powrocie do Polski. Bóg nieustanie obrazem parafii bez kapłana i czekającymi wiernymi na msze niedzielną, na spowiedź , jego obecność wołał do mnie. Na początku myślałem, że to wołają we mnie emocje, zauroczenie tym , co widziałem, które na pewno z czasem ucichną. Jednak naprawdę Jezus chciał, żebym dar kapłaństwa ofiarował na służbę tym, którym go brakuje. Powzięcie mojej ostatecznej decyzji o wyjeździe na misje do Peru zbiegło się z chorobą sługi Bożego Jana Pawła II i z jego śmiercią. Odchodził do domu Ojca Piotr naszych czasów, a zarazem i Paweł naszych czasów, niezmordowany apostoł – misjonarz, odwiedzający wspólnoty założonego przez Jezusa Kościoła i wzywający, by nie lękać się otworzyć drzwi do serca Chrystusowi, przyjąć Go i pójść za Nim. Jakże wielu ludzi pociągnął wtedy Ojciec św. do przemiany życia, do pójścia za Jezusem, a także i mnie do wyjazdu na misje.

 

2. Od 2006 r. służy Ksiądz ciężka pracą, modlitwa i wsparciem mieszkańcom Puerto Bermudez. Dlaczego właśnie tam?

 

Moje listy, które już czytelnicy znają z publikacji w „Echu Podlasia”, były pisane z czasu mojego pobytu w miasteczku liczącym ok. 2 tys. mieszkańców-Puerto Bermudez, leżącym w samym centrum geograficznym Peru. Parafia ta ma wielkość naszego większego województwa i położona jest w Dżungli Centralnej (Selva Central), tak jak i cały Wikariat San Ramon, który ma powierzchnię ponad 80 tys. km2 i jest porównywalny do Austrii. Znajduje się on na wschód od Limy za Andami i sięga aż do granicy z Brazylią. Puerto Bermudez nie było moją jedyną parafią, w której dane mi było pracować. Moje misje rozpoczęły się w mieście Pichanaki (Piczanaki) liczącym 30 tys. mieszkańców w prowincji Chamchamayo (Czanczamajo) w departamencie Junin (Hunin). Ks. Biskup na początek wyznaczył mi zastępstwo proboszcza padre Curro- Hiszpana, który wyjechał na wakacje. To był jeden z cięższych okresów na misjach. Po pierwsze to nie znałem jeszcze tak dobrze języka hiszpańskiego. Po drugie nowe, nieznane otoczenie, nowi ludzie. Po trzecie gorąco każdego dnia po 30 stopni w cieniu. Trzeba także ująć robactwo, którego, niezależnie czy to miasto czy wioska, w dżungli jest pełno. Na głębokie wody rzucił mnie Bóg więc, żeby nie utonąć trzeba pływać. Po około 5 miesiącach pobytu w Pichanaki, ks. Biskup wysłał mnie do wspomnianej już parafii Puerto Bermudez, gdzie również zastępowałem proboszcza ks. Henryka Chlipałę, będącego na urlopie, z którym obecnie pracuje w Peru. Przeżycia stamtąd opisywałem we wcześniejszych listach. Dodam tylko, że był to wspaniały czas pracy duszpasterskiej, odwiedzin wiernych w wioskach, dojeżdżając samochodem kursującym miedzy miejscowościami, płynąc łodzią albo przemierzając dżungle na piechotę, obładowanym jak wielbłąd. A to wszystko, żeby mógł ich odwiedzić Jezus w Eucharystii, wysłuchać spowiedzi czy obdarzyć łaską nowego życia przez chrzest. Ale to jeszcze nie koniec moich misyjnych wojaży. Po 3 miesiącach na prośbę ks. Biskupa, po powrocie proboszcza, przeniosłem się w drugi koniec naszego wikariatu, do dużego miasta Atalaya, leżącego u początków rzeki Ucayali, tworzącej wraz z rzeką Maranión –Amazonkę. Tak, znowu na zastępstwo, tym razem ks. Grzegorza Sagana mojego ziomka, który odwiedzał Ojczyznę i najbliższych. Wydawało mi się, że już nie może być bardziej gorąco w tym kraju, jak tego doświadczyłem wcześniej, ale się myliłem. Tam po prostu było jak w rozpalonym piecu, a na dodatek potwornie duszno. Kancelaria parafialna prawie się nie zamykała od interesantów i Indian, którzy tak najzwyczajniej w świecie przychodzili, żeby sobie odpocząć i napić się wody. To było dla mnie nowe doświadczenie. Na plebanii mieli swoje miejsce na odpoczynek. To dobrze świadczy o ks. Grzegorzu, który podtrzymywał zwyczaj ks. Biskupa z czasów, kiedy to on w Atalaya był proboszczem. Bardzo dużo uczestniczyłem w życiu społecznym miasta. Szczególnie w poświęceniach nowych ulic, wałów przeciwpowodziowych, klas szkolnych, różnych szkoleniach odnośnie np. przeciwdziałania narkotykom. Wielkim przeżyciem była dla mnie audycja w miejscowym radiu katolickim z okazji Międzynarodowego Dnia Biblii, do uczestnictwa, w której zaprosił mnie jeden z redaktorów. Ważną rolę również i tam, w Peru, spełniają środki masowego przekazu. Na przykład każdej niedzieli była transmitowana przez radio Msza św., w której mogli uczestniczyć słuchający jej gdzieś w dalekich wioskach Indianie, ludzie chorzy, czy nawet podróżujący na statkach po Ukayali. Tutaj także przyszły na mnie próby mojego zdrowia, które mnie wiele kosztowały. Jak to się mówi na misjach, wcześniej czy później i tak trzeba przez to przejść, żeby organizm się przyzwyczaił do panujących tam warunków. Moja walka z chorobami i dochodzenie do siebie trwała prawie pół roku. Wcale się temu nie dziwiłem, to są przecież misje i trzeba być na to przygotowanym, a Pan Bóg zawsze daje siły, żeby nieść krzyż. Po ok. 5 miesiącach pobytu w Atalaya pojechałem, już nie zastąpić księdza wyjeżdżającego na urlop, lecz na stałe do…i tu mnie decyzja ks. Biskupa zaskoczyła, do Quillazu, parafii, bez księdza, którego brak tak bardzo zaprzątał mi głowę, o czym wspomniałem wcześniej. Trafiłem właśnie tutaj, gdzie Bóg mnie potrzebował. Żeby było raźniej, On postawił na mojej drodze misyjnej wspaniałego kapłana z Diecezji Tarnowskiej ks. Henryka Chlipałę. Od marca ubiegłego roku rozpoczęliśmy wspólnie pracę na dwóch sąsiednich parafiach. Ta druga nazywa się Huancabamba (Łuankabamba).

 

3. Jak przyjęli Księdza Peruwiańczycy?

Tak, jak w czasie mojego pierwszego pobytu w Peru, mieszkańcy tego pięknego kraju Inków przyjęli mnie bardzo serdecznie. Peruwiańczycy z natury są bardzo otwarci i gościnni. Nie było więc jakichś barier z ich strony, które utrudniałyby kontakty i moje odnalezienie się w nowej sytuacji. Są bardzo wyrozumiali. Dało się to odczuć w momentach pomyłek językowych albo w chwilach „zacięcia” się na przykład na kazaniu, kiedy ludzie w skupieniu oczekiwali, aż „wyduszę” w końcu z siebie właściwe słowo. Bardzo chętnie zapraszają do swoich skromnych domów, częstują tym, co mają, poczytując sobie za powód do chluby odwiedziny kapłana. Urzeka ich prostota i szczerość w obejściu. Bezpośredniość w kontaktach. Są chętni do pomocy, uczuciowi a zarazem obojętni na to, co się dzieje. Łatwo przechodzą do porządku dziennego po jakimś poważnym w skutkach wydarzeniu. Po silnych wstrząsach ziemi w mojej parafii w dwóch wioskach zawaliły się domy. Wiele osób mieszkało w namiotach do czasu odbudowy zniszczeń. Msza św. o oddalenie nieszczęść wbrew moich oczekiwań, nie zbliżyła ludzi bardziej do Boga. On potrząsa człowiekiem, aby się obudził z letargu, zastanowił dokąd idzie, nawrócił do Niego, a tu jakby znieczulica. Pojawił się strach, ale nie wzbudzał uciekania się do Pana Nieba i Ziemi i prośby o pomoc. Na pewno powody takiego postępowania są związane z ich przeszłością historyczną, które często dla obcokrajowca są do końca niezrozumiałe. Bardzo dobrze mnie przyjęli również kapłani pracujący w wikariacie i siostry zakonne. Otrzymałem wiele wsparcia duchowego i pomocy od powołanych do służby Bogu i ludziom. Było to bardzo potrzebne dla mnie, zaczynającego pracę misyjną, żeby ktoś mi powiedział, na co zwrócić uwagę, czego unikać, żeby tych ludzi nie zrazić na samym początku, żeby lepiej ich rozumieć, a nawet co jeść, żeby uniknąć rewolucji żołądkowej. Aby zadziwić czytelników, chce pochwalić Peruwiańczyków ich znajomością Polski, a właściwie Polaków. Prawie każdy kierowca taksówki w Limie, jak słyszał, że jestem z Polski, to od razu kojarzył nasz kraj z papieżem Janem Pawłem II i oczywiście z piłkarzami Latą czy Smolarkiem.

 

4. "Nigdy mnie Bóg nie zawiódł. Zawsze mogę na Niego liczyć. Potem tylko

się zastanawiam: skąd ja to wszystko biorę, te wszystkie myśli, energię,

żeby tych ludzi pobudzić do modlitwy i otworzyć na Boga, samemu będąc

zmęczonym potwornie?" - pisał Ksiądz w jednym z listów wysyłanych do

Polski z samego środka dżungli. Z jakimi jeszcze trudnościami przyszło się Księdzu zmierzyć w Peru?

Jak wspomnę sobie tamte chwile, to mogę powiedzieć, że po opanowaniu w miarę języka i poczuciu gruntu pod nogami na peruwiańskiej ziemi, przyszła taka właśnie autentyczna pasja do pracy misyjnej, taka wielka radość, z bycia i robienia, tego co było w sercu. I być może wiele zrobiłem w takim stanie ducha, Bóg to wie. Jednak nie zawsze tak jest. I apostołowie musieli opuścić Górę Przemienienia, gdzie czuli się jak w niebie, bo widzieli Jezusa, który odsłonił im swoje prawdziwe boskie oblicze, by przygotować się na trudy i walkę. Chyba każdy z nas dobrze wie, że to co nieznane zawsze rodzi jakiś lęk, niepokój i obawy. Paraliżuje człowieka w jego działaniu, czy podejmowaniu decyzji, a nawet sprawia jego odwrót i ucieczkę od trudności. Może zacznę od problemów związanych z pogodą. Mniej więcej od grudnia do maja w Peru, w dżungli i w Andach, jest pora deszczowa. Leje się tego deszczu naprawdę dużo. Powoduje on obsuwanie się ziemi, a wraz z nią głazów i drzew. To z kolei tak skutecznie tarasuje drogi, że często przez długi czas są nieprzejezdne i odcinają od świata okolicznych mieszkańców a nawet całe miasta. Z tego powodu odwiedzanie wiosek jest bardzo utrudnione. Deszcze również strasznie psują same drogi, które w naszym rejonie są gruntowe. Tworzą się dołki w takiej ilości, że jazdę samochodem można porównać do tańca na dyskotece, jeśli oczywiście ma się włączone radio. Idąc dalej, złe drogi uszkadzają samochód i wtedy cieszą się mechanicy, a nie misjonarze.

Utrudnienia w pracy misyjnej stwarzają też gady, owady i pająki. Mówiąc o gadach mam na myśli przede wszystkim węże, których w dżungli jest pełno. Potrafią zaskoczyć swą obecnością ludzi idących na przykład do łazienki. Kończy się to szybkim powrotem do domu. Oni bardzo boją się tych stworzeń, zwłaszcza w miasteczkach, z powodu ich śmiercionośnego jadu. Pierwszego węża zobaczyłem na szczęście jadąc samochodem. Przeciął nam drogę. Miał ponad 2 m. i był czarny w białe wzorki. No cóż lepiej oglądać je w telewizji niż na żywo. Z owadów to głównie trzeba wymienić komary zwane tutaj zancudo (sankudo). Małe zwinne, ale jak już ukłuje, to dopiero czarna rozkosz. Nie dość że potwornie swędzi, to i może skończyć się malarią, dengue albo żółtą febrą. Nazwy chorób mówią same za siebie. Dlatego zwłaszcza w dżungli w porze deszczowej są prowadzone opryski prewencyjne w miastach i wioskach. W trawie czekają na swoją ofiarę malutkie stworzonka zwane isango. Zachowują się podobnie jak u nas kleszcze, a wiec wchodzą sobie na nasze ciało i wpijają sie gdzie popadnie. Trudno jest się opanować, żeby nie drapać. Żeby sobie poszły, trzeba umyć się szarym mydłem a potem jeszcze, zwłaszcza nogi posmarować alkoholem. Dobry, sprawdzony sposób. I jeszcze inna ciekawa rzecz, która mi się już parę razy przytrafiła. Wraz ze zwierzętami domowymi żyją pchły, które składają swoje jajeczka pod skórą swoich ofiar. One tam rosną i potem jak dojrzeją wychodzą zostawiając otwór w skórze. Po czym poznać, że coś się to ma? Po prostu boli, że trudno jest chodzić. Pchła się nie wysila i zostawia ślad swojej bytności przeważnie na stopie. Innymi owadami, znanym także w Polsce, są karaluchy których jest mnóstwo w dżungli, a także w miastach. Zawsze przed snem sprawdzałem pokój, czy przypadkiem jakiś nie wpadł mnie odwiedzić, żeby potem nie przeszkadzał mi w czasie snu. Po wyprawie do jednej z wiosek, położonej daleko i wysoko w górach, przez kilka nocy prześladowały mnie insekty, które zabrałem ze sobą w ubraniu. Zaczęło się, kiedy nocowałem w starym, drewnianym domu, na pryczy pod dwoma kocami, w ubraniu, bo było zimno. Poświeciłem po ścianach latarką i zobaczyłem jak coś tam łazi, podobnego do naszych prusaków. Żeby tylko zasnąć, pomyślałem, patrząc na księżyc przez dziury w dachu. Po powrocie nocami urządzały sobie wycieczki nawet po mojej twarzy. Jednego złapałem, gdy przechodził przez moje usta. Dzięki Bogu, że się obudziłem. Po jakimś czasie pobytu w Peru, stwierdzam, że można się przyzwyczaić do takich warunków misyjnych dla mnie, a normalnych dla miejscowych.

Krótko wspomnę jeszcze o pająkach. Z lasami tropikalnymi każdemu kojarzy się tarantula, która w rzeczywistości jest mylona z ptasznikiem. W Internecie znalazłem informację, że „ptaszniki dysponują bardzo silnym jadem i to w dużych ilościach (ze względu na wielkość ciała). Zabija on bez trudu jaszczurki, drobne ssaki i małe ptaki stanowiące, obok owadów, pożywienie tych wielkich pająków. Jad niektórych gatunków może zabić człowieka, a przynajmniej spowodować bardzo poważną chorobę (silne bóle, martwicę tkanek itp.).” Dobrze wiedzą o tym tubylcy i gdy zobaczą pająka, to ani chwili nie czekają, żeby go zabić. W Atalaya w kancelarii parafialnej zobaczyłem go po raz pierwszy. Znajdował się w odległości 15 cm od mojej nogi. Żartownisie mówią, że przyszedł załatwić jakąś sprawę do księdza. Dzięki Bogu, że nie moją nogę. Inny już pokaźnych rozmiarów przyszedł pod mój pokój. To był okaz. Dobrze jest mieć psa, bo to on ostrzegł mnie przed niebezpieczeństwem.

Bardzo ważne w pracy misyjnej jest zdrowie. Jak szwankuję albo się je traci, to jest to ogromny problem w pracy duszpasterskiej. Moje poważne problemy ze zdrowiem rozpoczęły się w czasie mojego pobytu w Atalaya. Tropikalny klimat i rozwijające się w min bakterie, osłabienie organizmu ciągłymi kuracjami antybiotykami, choroby, które już nie parami przychodziły, ale czwórkami, zupełnie mnie wykończyły. Przez długi czas odprawiałem Mszę św. trzymając się ołtarza, żeby utrzymać równowagę i nie upaść.

W swojej pracy misyjnej spotkałem, się z trudnościami, które stwarzali ludzie. Pamiętam jedno z takich wydarzeń, podobnych było więcej, kiedy to pojechałem do jednej wioski na chrzest dzieci. Wszystko było zaplanowane, ogłoszone prze radio, ludzie wiedzieli o moim przejeździe. Pełen entuzjazmu pojechałem, żeby indiańskie dzieci mogły się stać także dziećmi Bożymi. Cieszyłem się, że zbierają się matki ze swoimi dziećmi na chrzest. Poszedłem na chwilę do szkoły zaprosić uczniów do uczestnictwa w Eucharystii. Po powrocie, ku memu zaskoczeniu, nie zobaczyłem ani jednej matki ze swoim maleństwem do chrztu. Nikt nie potrafił powiedzieć mi, co się stało i dlaczego tak szybko te kobiety sobie poszły. Prawdopodobnie moment mojej nieobecności wykorzystał ktoś z sekt i przekonał te osoby, aby nie oddały swoich dzieci Bogu katolików. Postraszył, że chrzest będzie nieważny itp. Często zdarza się, że w czasie odprawiania Mszy św. czy innych nabożeństw, ktoś próbuje zakłócić klimat modlitwy. Czy to będą fiesty organizowane koło kościoła na placu centralnym miasta z tak głośną muzyką, że przez mikrofon krzycząc siebie samego się nie słyszy. Innym razem dzieci grające w piłkę przed kościołem, wrzeszczące i nie zwracające uwagę na upomnienie. A po nabożeństwie nie ma nikogo i panuje cisza. Organizowanie zebrań rodziców w szkole pod karą pieniężna albo imprez sportowych w czasie ważnych świąt kościelnych, żeby uniemożliwić uczestniczenie we Mszy św. czy procesji. Młodzież katolicka w szkole często jest wyśmiewana przez rówieśników za chodzenie do kościoła i to tak skutecznie, że jej po prostu brakuje w życiu Kościoła parafialnego.

Nie można nie wspomnieć także o problemie samotności, rozłąki z najbliższymi i Ojczyzną. Na początku to może tak się tego nie czuję w wirze pracy, w poznawaniu i zachwycie, tym co nowe i jak są blisko misjonarze z Polski, z którymi można pogadać. Gorzej sprawa się przedstawia, gdy przyjdą trudności, których się nie wie, jak rozwiązać, zmęczenie, świadomość, że nic nie idzie, jak powinno, że nie widać efektów albo ktoś zdołował, a w pobliżu nie ma nikogo, komu można zaufać i porozmawiać. Jak wspomniane było wyżej w pytaniu, mogę jeszcze raz potwierdzić, że Bóg nigdy mnie nie zawiódł i mimo tego co doświadczyłem i co mnie spotkało, jeszcze bardziej Jemu ufam i od Niego, od Jezusa bierze się moja siła, by na misjach być i służyć. Myślę, że nie trzeba wyjeżdżać na misje, żeby doświadczyć obecności Boga w życiu. Nie każdemu jest to dane. Bóg jest ten sam i na misjach i tutaj. Sposób, w jaki podchodzimy do codziennego krzyża, do przeciwności, problemów kształtuje w nas prawdziwą wiarę i zaufanie do Boga albo ją osłabia i niszczy.

Na koniec wspomnę o problemach materialnych. Status materialny Kościoła zależy od zasobności jego członków. Tereny misyjne w Peru obejmują całą jego część wschodnią, a więc dżunglę, która należy do najbiedniejszych pod względem materialnym. Nie trudno wywnioskować, że Kościoły lokalne – parafie nie mogą liczyć na finansowanie projektów ze strony ich wiernych. Kiedy patrzę na moich parafian w Huancabamba koło Oxapampa i na wioskach, którzy przychodzą na Mszę św., cieszę się, że są. Ofiary, jakie składają na tacę są groszowe, symboliczne. Tym, co mają niewiele, jeszcze się podzielą, żeby choć trochę ofiarować Panu Jezusowi, a który z kapłanem przyjedzie następnym razem do ich wioski na Eucharystię. Nie jest jeszcze w świadomości wiernych wyrobione przekonanie o potrzebie zamawiania Mszy św. Ludzie bardzo rzadko proszą kapłana o Eucharystię. Na pewno potrzeba wiele cierpliwości w tłumaczeniu wartości Ofiary Chrystusa, żeby zobaczyć efekty. Parafia, na której posługuję jest bardzo młoda. Kościół był konsekrowany zaledwie 3 lata temu. Brakuje jeszcze wiele sprzętu liturgicznego np. monstrancji czy puszki na komunikanty, szat liturgicznych, dobrego ołtarza czy sprzętu nagłaśniającego. Budynki parafialne mają już parę ładnych lat. Zajmowała się ich budowaniem, jak również i samej świątyni, tercjarka franciszkańska Aurora. Jednak warunki klimatyczne i ogromna ilość szkodników niszczących drzewo pochłaniają dużo środków materialnych na zabezpieczenie dachów i ich konserwację. Jestem drugim proboszczem po księdzu peruwiańskim, który był tam tylko 2 lata i jest obecnie na urlopie zdrowotnym. Problemy materialne są, nie potrzeba dodawać, że znaczące. Parafia obejmuje 40 wiosek, a jej rozpiętość to ok. 60 km. Do większości z nich można dojechać samochodem, do innych dochodzi się tylko pieszo nawet parę godzin. Posiadanie samochodu jest bardzo istotne na misjach, ponieważ umożliwia regularne sprawowanie Mszy św., przygotowywanie ich do sakramentów i odwiedzanie chorych. Dzięki wsparciu finansowemu Miva Polska i Miva Austria oraz ze środków pochodzących ze sprzedaży starego samochodu, mogliśmy zakupić nowe auto z napędem na cztery koła, przeznaczone do poruszania się po trudnym terenie. W większości wiosek nie ma kaplic, więc jest to również problem z gromadzeniem się ludzi na Mszę św., którą często sprawuję w domach albo w szkołach. Planujemy więc na początek budowę dwóch kaplic w większych wspólnotach. Kaplica to nie tylko miejsce gromadzenia się wiernych, żeby modlić się. Jest to również znak obecności Boga, Jego przebywania z nimi i miejsce, gdzie oni mogą Go odwiedzić, spotkać się z Nim. Rozpoczęliśmy pracę nad przygotowaniem zaplecza parafialnego, czyli kancelarii parafialnej – miejsca nie tylko załatwiania spraw, ale także spotkania się z ludźmi i rozmów z nimi, i salki katechetycznej do prowadzenia katechez, spotkań z ministrantami i młodzieżą. Znaczną część wsparcia materialnego na ten cel otrzymaliśmy z Komisji Misyjnej Episkopatu Polski, która pomaga misjonarzom w finansowaniu projektów.

 

5. Około 90 proc. Peruwiańczyków jest katolikami. Ewangelizacja w Peru

rozpoczęła się w XVI wieku, wraz z przyjściem Hiszpanów na tamte tereny.

Mimo to do dziś w ludowej religijności Peruwiańczyków zachowało się

wiele elementów pogańskich. Jakie są największe problemy Kościoła w Peru?

Do największych problemów Kościoła w Peru należy niewątpliwie brak kapłanów. Niestety nikt nie zastąpi kapłana w sprawowaniu Eucharystii czy innych sakramentów, a także w głoszeniu Ewangelii. Jego obecność jest tak istotna i nieodzowna, i w pełni zrozumiała nawet dla samego kapłana, zwłaszcza, gdy znajdzie się w miejscu i wśród ludzi, którzy go pierwszy raz widzą albo nie pamiętają, kiedy ostatni raz u nich gościł. Miałem wiele takich sytuacji i mówię naprawdę aż ciarki człowieka przechodzą, że ci ludzie jeszcze nic lub bardzo mało o Bogu wiedzą. Chciałbym się podzielić moim doświadczeniem daru kapłaństwa, jaki otrzymałem od Jezusa. Będąc w szpitalu, świeżo po operacji złamanej nogi, zadzwonił telefon. Odebrałem i usłyszałem błagalny głos, zapewne siostry zakonnej, które tam posługują jako pielęgniarki, która zapytała czy mogę pójść do ciężko chorego człowieka na intensywnej terapii. Mówiła, że dzwoniła do ks. kapelana i po pobliskich parafiach, ale tak się złożyło, że wszyscy byli zajęci. Odpowiedziałem do siostry, że tak, ale trzeba mnie będzie zawieść an łóżku. I tak tez się stało. Pielęgniarki przyjechały po mnie z łóżkiem na kółkach i windą na trzecie piętro pojechałem do chorego. Tam podali mi stułę i formularz Sakramentu Namaszczenia Chorych i wspólnie modliliśmy się nad tym nieprzytomnym chorym. Kiedy opowiedziałem o tym mojemu koledze, księdzu, z którym razem pracuję, powiedział mi, że właśnie na tę chwilę byłem potrzebny w szpitalu, żeby uratować tego człowieka. Tu rodzi się pytanie, czy wszystko co nas złego spotyka jest bezsensowne? Ja wiem i wierzę, że wszystko ma jakiś sens, tylko na początku po prostu jego nie znamy, często myśląc o pechu albo o karze Bożej. Bóg zawsze ma jakiś plan i włącza nas w swoje zamiary, żeby nikt nie zginął, ale miał życie wieczne. Warto nad tym się zastanowić. Kapłaństwo, jak mówił sługa Boży Jan Paweł II to „ dar i tajemnica”, a jak ono jest wielkie w całej pełni można dostrzec w czasie sprawowania Eucharystii. Przychodzi sam Jezus, Bóg i Człowiek, żeby spotkać się z nami i pozostać po przyjęciu Komunii św. w naszych sercach. Jak bardzo Bogu zależy na nas, a zwłaszcza na tych, którzy Go jeszcze nie znają. Trudno jest to sobie wyobrazić nawet mi, jak ogromne znaczenia ma powołanie misyjne.

Papież Benedykt XVI powiedział: "Bez posługi kapłana nie byłoby Eucharystii, misji i samego Kościoła". Na misjach na nowo i pełniej odkryłem wielkość daru kapłaństwa, jaki został mi dany i zatroskanie Jezusa o tych ludzi, którym brak pasterza. W naszym wikariacie pracuje 25 kałanów, w tym 5 misjonarzy z Polski: 4 kapłanów i jeden brat zakonny kombonianin.

Ogromne znaczenie ma również obecność sióstr zakonnych, które pomagają kapłanom w pracy duszpasterskiej, uczą w szkole religii, prowadzą domy dla dzieci z ulicy, a nawet szkoły, a także punkty lekarskie. Obserwuje się ogromny spadek powołań do zakonów żeńskich w Peru, jak również brak powołań kapłańskich. Odczuwa się ogromny brak katechistów – ludzi, którzy po uprzednim przygotowaniu prowadzą nabożeństwa, na przykład niedzielne, pod nieobecność kapłana. Ma to związek z religijnością Peruwiańczyków, która nie jest jeszcze dojrzała i ugruntowana, a także z ogromnym problemem rodziny chrześcijańskiej, która obejmuje niewielki procent społeczeństwa. Najczęściej ludzie łączą się w tzw. wolne związki, które często nie prowadzą nawet do ślubu cywilnego, nie wspominając o kościelnym. Częściej kobiety są tymi, które chciałyby zawrzeć związek sakramentalny, jednak główna przyczyna leży po stronie mężczyzn, którzy nie chcą wchodzić w stałe związki, z myślą o możliwości zmiany partnerki w przyszłości. Wspólne życie mężczyzny i kobiety bez fundamentu małżeństwa tak szybko się rozpada, jak się zaczęło. W Ameryce Południowej jest bardzo często spotykane zjawisko maczyzmu - męskiej dominacji nad kobietą poprzez przemoc i pogardę. U jego podstaw stoi wielki lęk mężczyzn i słabość w radzeniu sobie z problemami codziennego życia. Stąd wiele kobiet cierpi fizyczne znęcanie się nad nimi ze strony swoich partnerów. To z kolei jest przyczyną częstej zmiany partnerów, co odbija się przede wszystkim na dzieciach, które cierpią nie tylko psychicznie i duchowo na brak miłości, spokoju i akceptacji, ale także i fizycznie przez przemoc i wykorzystywanie. W konkubinatach żyją wspólnie dzieci z poprzednich związków ojca czy matki. Ojczymowie bardzo często znęcają się nad nieswoimi dziećmi, bijąc je, znęcając się nad nimi psychicznie, a także wykorzystując seksualnie. Istnieje duży problem dzieci niechcianych czy porzuconych, stąd tak często wychowuje ich ulica. Kiedyś pewna dziewczyna opowiadała mi, że w dzieciństwie jej mama mówiła do niej, że jej nie chce, że jej nie kocha. W końcu zaprowadziła ją na dworzec autobusowy i zostawiła ja samą. Nie chce opisywać jak wielki szok przeżyła jako mała dziewczynka. A teraz jest zdolną nauczycielką i studentką, oddaną sercem Kościołowi i utrzymuje swoją schorowaną i pozostawioną przez inne dzieci matkę. Dzieci często muszą pracować na utrzymanie rodziny i z tego powodu nie kończą gimnazjum (tzw. Secundaria) ani szkoły średniej. Duże odległości do szkół ponadpodstawowych i brak pieniędzy na posłanie dziecka do szkoły są częstą przyczyną do zaprzestania dalszej nauki. W parafiach naszego wikariatu prowadzi się akcje zaopatrywania dzieci na wioskach w zeszyty i przybory szkolne. Dzieci w selwie (dżungli) są zatrudniane do produkcji narkotyków, przede wszystkim do zrywania liści koki na plantacjach i przygotowywania tzw. materiału wyjściowego do produkcji kokainy. Jest to sposób na zdobycie pieniędzy na utrzymanie. Peru należy do największych producentów kokainy na świecie. Nie chodzi bynajmniej tylko o produkcję narkotyków, ale także o ich używanie, które dotyka zwłaszcza młodych ludzi w miastach. Bardzo częstym zjawiskiem jest prostytucja wśród młodych dziewcząt, jako sposób na zarobienie pieniędzy. Nie brakuje także imprez zakrapianych obficie alkoholem. Dzieje się to przy okazji świąt katolickich, które są pretekstem do zorganizowania fiesty nie mającej nic wspólnego z wiarą. Potem oskarża się katolików o najgorsze rzeczy. a ktoś inny zbija interes na sprzedaży alkoholu. Na takich imprezach często giną ludzie. Kiedyś za czasów Inków uważano, że jak nikt nie zginie to słaba fiesta. Niestety takie imprezy czy mecze piłki nożnej bardziej przyciągają ludzi niż Msza św. Smutne, ale prawdziwe.

Niski poziom życia ekonomicznego i duchowego znacznej ilości mieszkańców Peru przechodzi z pokolenia na pokolenie. Ludzie pracują bardzo ciężko na swoich poletkach – chakras (czakras). Są to niewielkie obszary ziemi przeznaczone pod uprawę zbóż, kukurydzy, ziemniaków czy innych warzyw zwłaszcza rocoto - rodzaj pikantnej papryki. Hodują też krowy i świnie często na własne tylko potrzeby. W dżungli uprawia się jukę – drzewiaste warzywo, o dużych, jadalnych, podobnych do maczugi korzeniach, banany, kawę i kakao. Mięso jedzą, kiedy coś upolują albo jak cos złowią w rzece. Uprawą cytrusów zajmują się ludzie bogatsi, ponieważ wymaga to większych nakładów finansowych. Z biedą łączy się także brak pracy. Dlatego dużo ludzi zwłaszcza młodych emigruje w poszukiwaniu zatrudnienia do miast, szczególnie do Limy. Niektórym się udaje zmienić swoje życie, tak, tylko niektórym. Więc bardzo często panuje w sercach ludzkich brak nadziei i smutek. Ludzie tak są zajęci pracą, że często opuszczają praktyki religijne. Dla bardzo wielu niedziela jest zwykłym dniem pracy. Kiedy tak przyglądam się ich wysiłkom, jestem pełen podziwu dla ich pracowitości, ale z drugiej strony nie widzę poprawy ich bytu materialnego. Czy Pan Bóg może coś zmienić w życiu człowieka bez człowieka, bez jego obecności na Eucharystii, bez jego modlitwy i życia Ewangelią…? Tu Kościół stoi przed ogromnym wyzwaniem, aby nauczyć ludzi łączyć wiarę ze swoim życiem, zwłaszcza w obliczu problemów rodziny i jej utrzymania.

Kościół włącza się w edukację poprzez organizowanie szkół podstawowych, gimnazjalnych zawodowych, tak by młodzi ludzie mogli zdobyć wykształcenie i zawód, poznać Boga i życie Ewangelią. Przy parafiach także kształcą się dorośli ucząc się gotowania, szycia, fryzjerstwa, stolarki i innych profesji. Ale nie tylko. Kościół katolicki broni najsłabszych i najbiedniejszych przed wykorzystywaniem. Przykładem mogą być ostatnie, tragiczne starcia policji z Indianami w Bagua na północy Peru i mediacja Kościoła w pokojowym rozwiązaniu tego konfliktu. Indianie, jako rdzenni mieszkańcy Amazonii Peruwiańskiej bardzo liczą na pomoc Kościoła, do godnego życia i poszanowania ich praw. Niesprawiedliwość społeczna jaka panuje w Peru rodzi częste protesty grup społecznych i związków zawodowych. Objawiają się one najczęściej przez manifestacje i blokady dróg. Często cierpią na tym ci, którzy przewożą swoje produkty do miast i w czasie strajków ulegają one zepsuciu.

Bieda także rodzi przestępczość. Kradzież jest bardzo częstym sposobem na zdobycie tego, co się chce. To, co można ukraść po prostu się kradnie. Słyszałem kiedyś takie stwierdzenie: „Przecież on ma dużo, więc można coś dla siebie wziąć.” Istnieje duża przestępczość zorganizowana zwłaszcza w miastach i rozboje na drogach w biały dzień. Dotyka to Kościoła, ponieważ dotyka jego członków. Ludzie boją się pozostawiać swoje domy, chociażby idąc na Mszę św., żeby ktoś im czegoś nie wyniósł. Często nawet w sklepach sprzedaje się towar przez kratę, z powodu kradzieży. W miastach są zorganizowane bandy, które napadają ludzi na ulicy, w autobusie albo w barze.

Bardzo istotny problem dla Kościoła katolickiego w Peru stanowią sekty. Do takich znanych należą Zielonoświątkowcy, Adwentyści Dnia Siódmego, Świadkowie Jehowy, Ewangelicy, Mormoni. Jest także cały szereg sekt, które tu w Ameryce Południowej mają swoje korzenie. Wykorzystują one powierzchowność religijną katolików, ich niewiedzę, żeby wcielić w swoje szeregi i pod pozorem zbawienia wykorzystać materialnie. Zmuszają potem ludzi do płacenia dziesięciny pod groźbą potępienia, chorób, czy nieszczęścia, a nawet do oddawania swoich dóbr a nawet domów na własność. Kościół katolicki traktowany jest przez sekty jako wróg, a nawet jako pochodzący od szatana.

W selwie (dżungli) działają czarownicy. Znane są przypadki zgonów ludzi spowodowanych czarami. Kościół w Peru boryka się z wieloma problemami, jednak z drugiej strony dostrzega się ogromne działanie Ducha Świętego i autentyczną wiarę i miłość do Boga i ludzi, tych którzy poszli za Chrystusem.

 

6. W jaki sposób możemy wesprzeć polskich misjonarzy?

Może dla misjonarza nie jest wielkim problemem dojechanie na misje, jednak bycie tam i praca wiążą się zawsze z wielkim wyzwaniem, trudem i wytrwałością. Bardzo istotna jest dla każdego misjonarza pomoc duchowa, przede wszystkim ofiarowana w ich intencji codzienna modlitwa, trudy i cierpienia, a także posty i wyrzeczenia. Wtedy każdy pomagający włącza się w ewangelizację tych, którzy znają słabo albo w ogóle Jezusa Chrystusa. Czyni to tam, gdzie jest, choć często daleko od misji. Podobnie jak św. Teresa od Dzieciątka Jezus, która nigdy nie opuściła murów klasztornych, a została ogłoszona patronką misji. Włączajmy się w tę pomoc modlitewną. Każde „Zdrowaś Maryjo” jest dla nas misjonarzy tak ważne, bo ma cenę zbawienia tych ludzi i daje ogromną siłę, łaskę i wytrwałość w pokonywaniu trudów związanych z głoszeniem Ewangelii i codziennym życiem na misjach. Innym sposobem wspierania duchowego misjonarzy jest apostolat „Margaretka”, który polega na obejmowaniu kapłana codzienną modlitwą przez siedem osób. Wiem, że w Parafii św. Jana Chrzciciela w Parczewie i w Parafii w Zwoli działają „margaretki” modlące się w mojej intencji już przez prawie 3 lata. Bardzo chcę podziękować za wpieranie mnie na misjach, a także teraz, w czasie moich problemów zdrowotnych, które uniemożliwiają mi czasowo powrót do Peru po zakończeniu urlopu w Polsce. Korzystając z okazji pragnę podziękować za wspieranie duchowo i materialnie mnie, jak również i innych misjonarzy z Polski, których jest już ponad 2 tysiące, Ks. Biskupowi Ordynariuszowi Zbigniewowi Kiernikowskiemu, Biskupowi Henrykowi Tomasikowi, ks. Bernardowi Błońskiemu, Kurii Diecezjalnej, księżom proboszczom, wikarym i wiernym z mojej rodzinnej parafii Ostrów Lubelski, Parczewa, św. Józefa w Siedlcach, Parysowa, Zwoli, Poizdowa, Wilczysk, Bejd, które odwiedziłem przed wyjazdem na misje, a także wszystkim kapłanom, moim kolegom kursowym i wiernym Kościoła Siedleckiego, którym szczególnie sprawa misji leży na sercu. Dziękuję gorąco wszystkim ofiarodawcom indywidualnym, którzy wspierali moja pracę misyjną wpłacając swoje ofiary na konto bankowe. Bardzo istotna jest pomoc materialna, bez której na terenach misyjnych jest niemożliwe pracować czy nawet przeżyć. Taką formą wsparcia materialnego są organizowane zbiórki ofiar na cele misyjne w Niedziele Misyjną, w uroczystość Trzech Króli, w II Niedzielę Wielkiego Postu, z których potem korzystają misjonarze przy realizacji projektów w parafiach. Również i ja, jak wspomniałem wcześniej, skorzystałem z tego wsparcia, żeby dzieci i młodzież mogli przygotowywać się do przyjęcia sakramentów św. nie na ławce pod plebanią, pisząc na kolanach ale w sali katechetycznej. Jest także organizowana przez Miva Polska "Akcja - Św. Krzysztof", z której zebrane ofiary pieniężne, szczególnie od kierowców, są przeznaczone na zakup środków transportu na misje. Także dzięki tej akcji mogliśmy zakupić na parafię nowy samochód, tak nieodzowny w pracy duszpasterskiej. Pragnę w imieniu wszystkich misjonarzy, a szczególnie tych, pochodzących naszej diecezji i tych z którymi pracuję w Peru w Wikariacie San Ramon, serdecznie podziękować za wszelkie formy wsparcia, za włączanie się w dzieło i nakaz Jezusa Chrystusa: ” Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.” (Mt 28:19-20)

Istotna i bardzo potrzebna jest modlitwa o nowe powołania misyjne kapłańskie i zakonne. Prorok Izajasz pisze: „O jak są pełne wdzięku na górach nogi zwiastuna radosnej nowiny, który ogłasza pokój, zwiastuje szczęście, który obwieszcza zbawienie, który mówi do Syjonu: Twój Bóg zaczął królować.” (Iz 52,7) Aby te słowa stały się rzeczywistością, nieustannie musimy prosić Pana żniwa o nowych robotników. Misjonarze są zawsze wyznacznikiem żywotności wiary Kościoła, która „rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa. (Rz 10, 17) „Jakże więc mieli wzywać Tego, w którego nie uwierzyli? Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie słyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy im nikt nie głosił?.” (Rz 10, 14) Jak usłyszą o Chrystusie i poznają Go te miliardy ludzi, które żyją w nieświadomości istnienia Kogoś, kto ich stworzył, odkupił i kocha. Jezus działa teraz przez nas, przez naszą wiarę, modlitwę, ofiarność i miłość.

Ze swej strony zapewniam o mojej codziennej modlitwie w intencji wszystkich dobrodziejów misji i sprawowanej przynajmniej raz w miesiącu Ofierze Eucharystycznej w ich intencji. Tylko Bóg jeden wie, do jak wielkiego dzieła przyczyniamy się wszyscy dzieląc się swoją wiarą, miłością i wsparciem materialnym.

Dziękuję również redakcji Echa Katolickiego, ponieważ dzięki jego pośrednictwu mogłem podzielić się z czytelnikami, czego doświadczyłem, co przeżyłem, z czym się spotkałem na misjach w Peru.

 

7. Czego życzy się misjonarzowi?

 Kiedy teraz z powodu problemów ze zdrowiem nie mogę prędko wrócić do Peru, na moją parafię, do moich wiernych, którzy tak bardzo czekają na mój powrót, wszystkim misjonarzom życzyłbym dobrego zdrowia. Ono jest najważniejsze. Bez niego, niestety, nie ma mowy o pracy misyjnej. Dalej, wytrwałości, nie zrażania się brakiem efektów, niepowodzeniami, dużej cierpliwości i wyrozumiałości w kontaktach z ludźmi, i ciągłego odnawiania w sobie świadomości posłania przez Jezusa i „wielkości daru, który został nam dany przez włożenie rąk.”

(Podziękowanie dla  „Echa katolickiego” za udostępnienie artykułu)




< powrót


 

 
     

JHS REX - Copyright JOX

Copyright 2007 - Realizacja KreAtoR