Serwis Diecezjalny o Misjach

 
   
A A A
A A A A

19 stycznia 2022 r. Imieniny obchodzą: Marta, Henryk, Mariusz

  Pamiętajmy o misjonarzach - to nasze misjonowanie.    
Afryka
Czad
Wybrzeże Kości Słoniowej
Kenia
 
Ameryka Płd.
Boliwia
Brazylia
Peru
 
Ameryka Płn.
Kanada
 
Wschód
Białoruś
Rosja
Ukraina
Syberia
Kazachstan
Byli misjonarze Wschodu
Wspomnienia i świadectwa o Wschodzie
Statystyka Kościoła Katolickiego w Rosji
 
Listy Misjonarzy
Ks. Stanisław Tymoszuk
Ks. Andrzej Duklewski
Ks. Jarosław Wiśniewski
Ks. Marek Kujda
Ks. Wojciech Kobyliński
Ks. Jarosław Mitrzak
Ks. Marek Jaśkowski
Ks. Adam Przywuski
Ks. Jan Miedzianowski
Ks. Tomasz Denicki
 
Byli misjonarze
Ks. Leon Łodziński
 
 
MENU
Gdzie ich spotkamy
Kontakt
Jak pomóc?
Inne formy pomocy
 
INFORMACJE
Aktualności
Nowa książka ks. Andrzeja Duklewskiego
KOMUNIKAT w kwestii ODLICZEŃ PODATKOWYCH
Pierwszy kościół na syberyjskiej północy
Statystyki Misyjne
Wsparcie poprzez Kirche in Not
 
MEDIA
Wywiady z misjonarzami
Książki
 
INSTYTUCJE
PDM
PDMD
CEME
 
Przydatne linki
MIsjeNaFB
Strona Komisji Episkopatu Polski d/s Misji
Kościół Rzymsko-Katolicki na Białorusi
Parafia w Tomsku
Radio Wnet
Rodacy na Syberii
Pomoc Polakom na Wschodzie
Blog ks. J. Mitrzaka
UCANEWS
Papieskie Intencje Misyjne
 
Współpraca
Portal Sancti
Koło Misyjne WSD Siedlce
Misjonarze na Podlasie 24
 
 
Darmowy licznik odwiedzin
 
Ks. Tomasz Denicki
 
 

 

Wybierz kategorie:

List 1 Wyprawa do dżungli (2014-02-11 10:02:45)


            Chipiriri, 17.01.2014r.

Godzina 6.00 celebrujemy Mszę św. Po niej mamy wyruszyć do wiosek i plemion żyjących z daleka od cywilizacji. 260 km w jedną stronę. Łodzią po rzece Isiboro. Jemy śniadanie, a po nim pakujemy nasze rzeczy na małą ciężarówkę. 320 litrów benzyny, dwie butle z gazem, dwie kuchenki gazowe, jedzenie, namioty, dwa generatory prądotwórcze, 2 akumulatory, komputer, projektor, głośniki, latarki, środki przeciw komarom i innym insektom oraz to wszystko, co może nam się przydać w środku dżungli  i co możemy wykorzystać do ewangelizacji i katechizacji tamtejszych ludzi z plemienia Yuracare i Trinitatios.

            Ok. godziny 8.00 dotarliśmy do Portu San Fransisco i ładujemy nasze rzeczy na łódź. Troszkę byłem zdziwiony, gdy zobaczyłem, że na naszej drewnianej łódce jest umieszczona druga -  mniejsza  i metalowa. Wszyscy jesteśmy gotowi, więc rozpoczynam modlitwę i ruszamy. Ojciec Eryk franciszkanin, o. Tomek - werbista, ja ksiądz diecezjalny i grupa młodzieży z La Paz i Oruro, razem 12 osób. Skład dopełnił turysta Szymon - Polak. Niestety okazało się, że jesteśmy za bardzo obciążeni i nie możemy płynąć, bo łódź tak się zanurzyła, że przy najmniejszym ruchu nabiera wody. Obliczyliśmy ciężar i wyszło nam, że ważymy ok 3,5 tony. Postanawiamy zdjąć tę małą łódkę, która ważyła jakieś 170 kg. Zatrzymujemy się przy brzegu i już po 5 minutach obie łódki pływały na wodzie. Ale teraz jest pytanie, co zrobić z tą małą łódką? Przywiązujemy ją do boku i płyniemy dalej. Łódź się ustabilizowała i możemy płynąć w miarę spokojnie. Tylko o. Tomek się nie uspokoił i ciągle szerzy defetyzm twierdząc, że wszyscy zginiemy. Strasząc przy tym naszą grupę młodzieży.

            Płyniemy spokojnie i leniwie. Z powodu dodatkowej łódki możemy rozwinąć prędkość jedynie 20 km/h.

            Ok. godziny 13.00 zatrzymujemy się na brzegu, w środku boliwijskiej dżungli, aby zjeść obiad. Mamy ryż i wczorajszego kurczaka, więc posiłek jest całkiem normalny. 

Zostawiamy za sobą cywilizację i zmierzamy coraz dalej w nieznane. Sygnał telefonu komórkowego umilkł już zaraz na początku.

            Po całym dniu płynięcia docieramy do jakiejś wioski. Troszkę zmęczeni i spragnieni ale wielce ciekawi tego co nas czeka. Do tej wioski można dostać się tylko drogą wodną, nie ma drogi lądowej. Po wiosce nic nie jeździ, są tylko ścieżki do chodzenia. Jestem troszkę rozczarowany bo to, co sobie wyobrażałem do tej pory o takich miejscach było zupełnie inne. Czekałem na miejsce gdzie nie dotarła jeszcze cywilizacja.  A tutaj większość domów murowana, na ulicach - to znaczy na  ścieżkach - latarnie, szkoła murowana i ładniejsza niż w naszym Bulo Bulo, a na dodatek codziennie jest prąd.  Prawda, że z generatora na benzynę, ale jest. Bar i sklep dopełniają widoku.  Połowa z mijających nas osób ma biały kolor skóry. Jak się później okazało to wszystko za „biały proszek”. Taka wielka fabryka produkcyjna gdzieś głęboko w dżungli. Nie zdziwiłbym się gdyby mieli pas startowy dla awionetek.

Rozbijamy namioty i odpoczywamy. Spaleni słońcem, zmęczeni, brudni, i nie ma gdzie się umyć. W rzece woda brudna i mętna ale nie ma wyjścia, trzeba się kąpać.

Przepłynęliśmy dzisiaj 90 km a do pierwszej docelowej miejscowości jest 260 km., więc jeszcze dwa dni, aż dotrzemy do celu. Mamy ze sobą GPS więc możemy widzieć naszą prędkość i odległości jakie pokonujemy.

            Wieczorem ok godz 18.00 przychodzi nas jakiś miejscowy Indianin. Chyba nie bardzo wieł jak rozpocząć rozmowę więc kręci się pomiędzy naszymi namiotami w ciszy. Zaczynam więc go wypytywać o podstawowe sprawy. Ilu ludzi tutaj mieszka? I kim on jest? Odpowiada, że jest założycielem wioski i że wioska ma ponad 70 lat. Z tego by wynikało, że miejscowy Indianin ma już ze 100 lat, chociaż na tyle nie wygląda. Na koniec prosi  nas byśmy odprawili dla mieszkańców Mszę św. O godzinie 20.00 wszyscy zbieramy się w kaplicy i rozpoczynamy modlitwę. Nigdy w życiu nie widziałem tylu komarów. Nie da się wytrzymać. Nie skutkują żadne środki przeciw insektom. Najwyraźniej komary z dżungli są zupełnie inne niż te miejskie :). Na Mszę św. przyszło ok 30 osób. Później się umówiliśmy, że gdy będziemy wracać to zatrzymamy się u nich cały dzień głosząc im katechezy.

 

18.01.2014r.

Godzina 5.15. Wstajemy. Jest jeszcze ciemno i komary jeszcze nie poszły spać, jakby czekały na nas przez całą noc. Zwijamy namioty, zbieramy nasze rzeczy i ładujemy je na naszą łódź. Znowu płyniemy,  słońce pali nas niemiłosiernie już od 6 rano. Dopływamy do małej wioski i zostawiamy tam pełną beczkę benzyny aby troszkę odciążyć naszą łajbę. Zabierzemy ją gdy będziemy wracać. O. Tomek dalej panikuje  napominając każdego kto sprawia, że łódź się buja. Ostatecznie wpadliśmy na pomysł, że lepiej będzie przesadzić go do tej drugiej łódki. I rzeczywiście. Od tego  momentu  nikt go nie bujał. Wreszcie mamy spokój.

            Rozdzielamy wśród naszej  młodzieży materiały z katechezami aby mogli się przygotować. Teraz wszyscy czytają, czasem tylko odrywając wzrok od kartek i podziwiając piękno boliwijskiej przyrody. Nasza młodzież z gór nigdy nie widziała żółwi wodnych, papug, tukanów czy małp, które ciągle są obecne w naszej podróży. Ok godz 9.00 widzimy pierwsze kajmany i krokodyle.

Płyniemy dalej. O. Eryk jest już zmęczony. Prosi mnie abym pokierował łodzią. Wcale nie jest to takie proste, zwłaszcza, że nasza łódź jest przeciążona i ciągniemy jeszcze drugą łódkę.  W pierwszy zakręt wchodzę troszkę za szybko i nabieramy dużo wody. Oczywiście o. Tomek nie szczędzi nam swoich katastroficznych wizji dając upust swoim emocjom.

            Płyniemy dalej. W Villa Nueva zostawiamy drugą beczkę z paliwem na drogę powrotną. Dłuższą chwilę rozmawiamy z miejscową ludnością która przyszła aby nas powitać. W tych wioskach już widać biedę.  Drewniane domki, takie na palach aby woda i węże nie wchodziły do środka, całe pokryte liśćmi z palmy. Rozdajemy dzieciakom lizaki i jakieś słodycze, dorośli proszą nas o leki. Oni nie mają kontaktu z lekarzem ani z medycyną, wszystkie metody leczenia mają naturalne, wyuczone od sowich rodziców i dziadków.  W wiosce jest jedna chora młoda dziewczyną. Miejscowi mówią nam, że umiera. Opowiadają, że była w trzecim miesiącu ciąży  i  nie wiedziała nic o tym. Poszła łowić ryby i poroniła wyciągając sieci z wody. Prawdopodobnie organizm nie oczyścił się do końca i wdała się infekcja. Idę z tymi ludźmi do jej domu. Przedzieramy się przez gęste zarośla.  Młoda kobieta półprzytomna leżała na podłodze przysłonięta moskitierą. Pomodliłem się za nią i obiecałem, że jak tylko spotkam lekarza, poinformuję go o jej sytuacji. Miejscowi zapewniają, że w wiosce do której podążamy powinien być lekarz.

Płyniemy dalej. W pewnym momencie podpływają do nas białe i różowe delfiny. Piękny widok. Co jakiś czas wyskakują z wody, aby zaczerpnąć powietrza.

 

19.01.2014.

Dopływamy do Santa Clara. Tutaj zostaje pierwsza ekipa, czyli o. Tomek i trzy wolontariuszki. Niezwykłe przywitanie -  chyba cała wioska wybiega na brzeg aby nam pomóc nosić nasze rzeczy, aby się z nami przywitać. Rozdzielamy nasz ekwipunek. My płyniemy dalej więc wszystko co jest nam niezbędne przenosimy na naszą małą łódkę. Po dwóch godzinach płyniemy dalej przedzierając się wąskimi kanałami starej rzeki. Po godzinie dopływamy do San Pedro. Scenariusz powitania powtarza się. Wszyscy chcą nam pomóc. San Pedro to duża wioska. Liczy ok 40 rodzin. Pierwsza rzecz o jaką pytamy, to czy w wiosce jest lekarz? Okazuje się, że tak. Dzięki Bogu. Opowiadamy mu całą historię kobiety z sąsiedniej miejscowości. Zostaje podjęte postanowienie że następnego dnia zostanie tu przytransportowana. Rozbijamy nasze namioty w szkole i organizujemy kuchnię.  Jak wygląda owa szkoła? To trzeba opisać.  Przeciekający dach, bambusowe ściany wysokości 1,5 metra, boksy tak jak w stajni dla koni. Na podłodze piach, a raczej w tej porze deszczowej, błoto.

            Wszyscy umieramy z pragnienia. Skończyła nam się woda, którą zabraliśmy ze sobą z Chipiriri. Pytam miejscowych o wodę do picia. Jedna przesympatyczna kobieta mówi mi, że może dać nam wodę filtrowaną, gotową do picia. Ucieszyłem się bardzo, bo inaczej to trzeba wodę gotować i zanim wystygnie to dużo czasu upłynie. Wszyscy pijemy tę wodę i nikomu nie przeszkadza, że jest trochę mętna i ma żółty kolor. Pod wieczór idę aby oddać kobiecie pusty bidon po wodzie i przy okazji przynieść wody do filtrowania. Pytam skąd bierze wodę do filtrowania, a ona zdziwiona mówi: „No jak to skąd? Z rzeki!” Pomyślałem - Dobrze, że jest filtrowana. Ale z ciekawości pytam czy mogę zobaczyć ten filtr. Wchodzę do domu, patrzę i nie wierzę własnym oczom. Zwykła kamienna miska z dziurami w dnie, do której wsypuje się wiadro piasku, który bierze się sprzed domu, gdzie sikają świnie. W to wlewa się wodę z rzeki, która przepływa przez piasek i małe dziurki w dnie. Efekt końcowy to filtrowana woda, tak samo brudna i mętna. Bardzo szybko rozporządziłem gotowanie wody, nie wyjaśniając do końca jak wyglądały maszyny filtrujące. Późnym wieczorem znalazłem studnię z wodą tak samo żółtą ale przynajmniej przeźroczystą.   Miejscowi z niej nie korzystają  bo  do rzeki mają o wiele bliżej.  Aby zmienić smak i kolor uciekamy się do podstępu - wyciskamy do niej cytryny lub inne owoce robiąc kompot. Nikt nie narzekał.

Po obiedzie bijemy w dzwon, to znaczy połamany resor, aby zwołać ludzi i rozpoczynamy katechezy. Kościół bardzo ubogi, z przegniłych desek a zamiast podłogi zwykłe klepisko. Rozpoczynamy przygotowania do I komunii św, do bierzmowania, katechezę dla małych dzieci.

            O. Eryk popłynął dalej jeszcze do następnej wioski.

 Wieczorem sprawujemy  Eucharystię.  Po niej chcemy wyświetlić film z projektora. Niestety, nasz generator prądotwórczy wytwarza za dużo energii i projektor się wyłącza. Wszystkim jest bardzo przykro, najbardziej dzieciom. One nie mają telewizorów ani kina na wyciągnięcie ręki, a przyszły przyjazd misjonarza będzie dopiero za 8 miesięcy.

Dzień był bardzo upalny a teraz miliony żyjątek chcą nas zjeść. Swędzi mnie całe ciało. Ostatniej nocy pogryzły mnie pająki i mrówki więc teraz jestem cały w plamach. Po skończonej mszy św byłem cały mokry od potu. Miałem jedno marzenie- wykąpać się. Cały dzień chodziłem w długich spodniach i z długim rękawem aby uchronić się od insektów, próbowałem nawet chodzić w kaloszach ale nie wytrzymałem, było zbyt gorąco. Pytam się miejscowych Indian, gdzie i jak oni się tutaj kąpią. No jak to gdzie - odpowiada mi jeden z Yuracare - w rzece. Trochę się zdziwiłem bo w rzece są piranie. Więc się pytam dalej, a piranie was nie gryzą? Nie, nie Padresito (Ojczulku)- odpowiada, my nie wchodzimy do wody tylko myjemy się z łódki. Pomyślałem - rewelacja! Ale jak się wykąpać? W końcu nie wytrzymałem swędzenia i tego całodniowego potu. Wziąłem ze sobą jednego wolontariusza i mówię ty stój na łódce a ja wskakuję do wody, jak mnie coś zacznie gryźć to mnie wyciągniesz. I tak było. Wskoczyłem  na 3 sekundy do rzeki cały czas trzymając się jedna ręka łodzi a później szybko wyszedłem. Namydliłem się i jeszcze raz na 3 sekundy do wody i z powrotem na łódkę.  W ten oto sposób kąpałem się z piraniami każdego dnia.

Dzisiaj wszyscy poszliśmy spać bardzo wcześnie.

 

20.01.2014r.

 

Dzisiaj Msza św jest dopiero o godz 8.00, więc możemy pospać troszkę dłużej, a po niej kontynuujemy katechezy i spotkania. O. Eryk wrócił wraz z dwiema wolontariuszkami więc mamy kolejnych ludzi do pomocy. Niezwykłe spotkania z miejscowymi ludźmi. Dzieciaki słuchają katechezy tak uważnie jakby były zahipnotyzowane. Zaczynamy od podstawowych rzeczy, tj. znak krzyża i Ojcze nasz, proste modlitwy, sakramenty itd. Przed południem płynę z o. Erykiem do Santa Clara, gdzie pozostawiliśmy pierwszą ekipę. O. Tomek bardzo się ucieszył na nasz widok bo miał problemy z generatorem i nie miał światła w nocy ani nie mógł wyświetlić filmu. Miejscowi ludzi częstują nas owocami kakao i bananami.

Wracamy do naszej wioski, jest już 14.00 i kontynuujemy katechezy. O. Eryk zajął się przygotowaniem do ślubu. Ciekawostką dla miejscowych dzieciaków jest moja długa broda. Na początku patrzyli na mnie z pewnym dystansem ale teraz nie mogę się od nich uwolnić.

Wieczorem modlimy się modlitwą różańcową i idziemy spać. Oczywiście wcześniej kąpiel z piraniami :). Dobrze, że tutaj nie ma tych kajmanów i krokodyli, które widzieliśmy po drodze, albo przynajmniej ich nie widać.

Wszystko mnie swędzi. Na całym ciele mam pogryzienia przez pająki, komary i nie wiem co jeszcze. Dzisiaj troszkę się boję wejść do tej wody z piraniami, bo zrobiły mi się małe rany po obtarciach i ugryzieniach. A jak piranie poczują krew, to może być nie za ciekawie.

Ludzie tutaj nie mają zegarków, więc trudno jest się z nimi umówić na konkretną godzinę. Jedynie dzwon, a raczej pęknięty resor wyznacza czas spotkania. Dzisiaj w nocy kościół wypełnił się po brzegi, głównie dziećmi. Modliliśmy się na różańcu przeplatając modlitwę śpiewem piosenek dla dzieci, aby te nie zasnęły. Po półtoragodzinnej modlitwie ludzie nie chcieli wyjść z kościoła. Więc jeszcze z pół godziny trwało nasze rozstanie. Większość chciała rozmawiać z nami, ale byli też tacy, którzy tylko siedzieli gdzieś w kącie kaplicy nie mówiąc ani słowa, ci wychodzili ostatni. Wszyscy idziemy spać. Pokąsani i pogryzieni. Wszystko nas swędzi. I gdyby nie gigantyczne zmęczenie to nie dałoby się zasnąć.

 

21.01.2014r.

Wtorek. Wstajemy o 6.00 aby przygotować się do drogi. Składamy namioty, zbieramy nasze rzeczy i organizujemy śniadanie. O godz. 8. 00 Msza św. a po niej ostatnie katechezy. W czasie Eucharystii mamy 7 chrztów. Gdy po mszy odszedłem troszkę na bok, aby w samotności pomodlić się na brewiarzu przyszedł do mnie stary Indianin i chciał porozmawiać. Był cały powykręcany chyba od tej wilgoci i nie miał jednego oka. Pytał mnie o Irak. Pomyślałem skąd on słyszał o Iraku? I w ogóle po co mu to wiedzieć. Jak się później okazało chodziło mu o Izrael a konkretnie o Betlejem i te miejsca gdzie żył Jezus. Mianowicie: Czy ktoś tam był? Czy te miejsca w ogóle istnieją? Jakby chciał sprawdzić czy to prawda co mówią o Chrystusie.

Wszystko mnie swędzi. Ale warto było tutaj przypłynąć, dla tych ludzi, ale myślę, że i dla mnie  samego był to czas niezwykły.

Żegnamy się ze wszystkimi i dzieciom rozdajemy słodycze. Ruszamy do Santa Clara, aby zabrać resztę naszej ekipy. Z braku czasu nawet nie zjedliśmy obiadu. Po przypłynięciu do portu przepakowujemy nasze rzeczy na dużą łódkę, zmieniamy silniki, żegnamy się z ludźmi i ruszamy dalej wąskimi kanałami aż do naszej ogromnej rzeki Isiboro. Wszyscy są głodni więc jemy owoce które dostaliśmy na pożegnanie, mango, kakao i banany.

Płyniemy dość niespokojnie, bo nasz silnik robi ogromną falę w wąskich kanałach starorzecza. Niezwykła rzecz, z tej fali ryby zaczynają wskakiwać nam do łódki. Szkoda tylko, że takie małe, bo byśmy mieli na kolację.

Ok. 16.00 dopływamy do miejsca naszego noclegu. Mamy troszkę czasu aby odpocząć. Rozbijamy namioty i szykujemy coś do jedzenia. No w końcu kąpiel w rzece bez piranii :)  Spowiadamy lokalną ludność i o. Eryk celebruje dla nich Mszę św.

Trudno jest się nie drapać po tylu ukąszeniach. Niektórzy z naszej młodzieży dostali uczulenia i teraz strasznie to wygląda. 

 

22.01.2014r.

Godzina 4.15 wstajemy, pakujemy nasze rzeczy i ruszamy w drogę. Jeszcze jest ciemno ale słońce już się wstaje. Wczoraj włożyliśmy tę małą łódkę na dużą, aby zwiększyć naszą prędkość.  Mamy do przepłynięcia 100 km, a płyniemy z maksymalną prędkością 10km/h. Tak więc co najmniej 10 godzin płynięcia na twardych deskach, bez oparcia. Jak się okazało był to zły pomysł. W prawdzie zyskaliśmy 2 km/h więcej ale nasza łódź tak się przechylała, że ciągle nabieraliśmy wody. O. Tomek zaczął panikować jak zwykle co wywołało uśmiech na naszych twarzach. To chyba jego pierwsza i ostatnia wyprawa misyjna tego typu.

Dzień jest pochmurny i troszkę padało, ale to dobrze bo nie ma upału. Zatrzymujemy się i zdejmujemy łódkę na wodę, bo nie da się płynąć. Mocujemy ją jak wcześniej i kontynuujemy rejs. Jest wysoki poziom wody, w górach musiało padać od tygodnia, więc teraz płynie dużo drzew, krzaków, gałęzi i śmiecia,  które woda zabrała z lądu. Co chwilę o coś zaczepiamy silnikiem i trzeba się zatrzymać aby oczyścić turbinę. Do tej pory prawie wszyscy spali, teraz leniwie się budzą. Wszyscy mamy dobre humory i żarty nas nie opuszczają, chociaż jesteśmy świadomi, że możemy przed nocą nie dopłynąć. Zmieniamy się za sterem i chłopaki eksperymentują gdzie przeczepić łódź aby zyskać troszkę prędkości. Z boku, z tyłu, z przodu, te wszystkie manewry ku wielkiej radości o. Tomka :). Za każdym razem nic nie zyskujemy więc mocują łódkę jak wcześniej. Niestety nie da się umocować bo prąd jest za mocny. Podpływam do brzegu i wyłączam silnik. Dryfujemy, a załoga mocuje łódkę. Prąd nas znosi pod drzewa w których były gniazda Petos, czyli takich dzikich pszczół. Zanim zdążyłem uruchomić silnik i odpłynąć  całe stado mnie obsiadło żądląc mnie co chwilę. 10 minut próbowałem się od nich uwolnić i w końcu się udało, ale użądliło mnie chyba ze 20 petos. Ból niesamowity, a w miejscach użądleń czerwone plamy, dobrze że nie spuchło. Młodzież mówi, że trzeba cytryną smarować to pomorze, ale nie działa.

Płyniemy dalej, mijamy stado pięknych delfinów co chwilkę wynurzające się z wody. Na brzegu zobaczyłem Capibarę.

W końcu po 12 godzinach płynięcia dotarliśmy do Santa Rosa. Rzeka znowu podniosła swój poziom więc jest trudno wyjść z łodzi suchą nogą. Rozbijamy namioty i idziemy na Mszę św. Później jemy szybką kolację, bo komary nie pozwalają delektować się 10-dniowym pieczywem. I znowu marzenie niezwykłe - wykąpać się. Idziemy nad rzekę, ale prąd wody jest tak silny, że nie możemy do niej wejść. Rezygnujemy z kąpieli. O godz 22.00 już wszyscy śpią w swoich namiotach.

 

23.01.2014r.

Wstajemy o godz 7.00. Idę sprawdzić poziom wody, bo w nocy była burza i tak jak przypuszczałem poziom wody jeszcze się podniósł. Już nie mogę wytrzymać tego swędzenia więc próbuję się wykąpać. Wskakuję do rzeki ale dwiema rękami trzymam się łódki, aby prąd wody mnie nie porwał. Woda jest tak mętna i brudna, że po wytarciu cały ręcznik jest koloru błota. Niezwykła ulga. I chociaż nie czuję się czystszy to jednak ukąszenia już nie tak swędzą. Godz 9.00 celebrujemy Mszę św. a po niej rozpoczynamy katechezy dla mieszkańców. Głównie dla dzieci bo dorośli mają przyjść wieczorem. Po katechezach wszyscy odpoczywamy. Do domu brakuje nam 80 km, a więc jakieś 9 godzin płynięcia. Sprawdzamy zapasy paliwa. Okazuje się, że nie wystarczy, nie dopłyniemy. Co robić? Pytamy miejscowych czy ktoś ma benzynę, i czy mógłby nam pożyczyć jakieś 80 litrów. Dzięki Bogu znalazł się jeden człowiek, który pożyczył nam paliwo. O. Eryk nie przewidział, ze będzie taki silny prąd wody i że łódka spali tyle paliwa. Wieczorem jeszcze mamy katechezę, różaniec i na koniec chcemy wyświetlić film. Jutro ostatni dzień wyprawy, chcemy wstać o 4.00 i jak tylko wstanie słońce wyruszyć w drogę, a raczej w rzekę do domu.

 

24.01.2014

Ostatni dzień  naszej wyprawy. Wstajemy raniutko o 4.00. Składamy namioty, zbieramy nasze rzeczy  i pakujemy wszystko na łódkę. Woda jeszcze się podniosła i jest trudno dojść  do naszej łajby. Robimy łańcuch z ludzi i tak ładujemy nasze rzeczy na łódkę. Słońce leniwie wstaje i próbuje się przebić przez gęste chmury. Prąd wody jest bardzo silny z trudnością osiągamy 8 km/h. Wielkie wiry sprawiają, że nasza trzytonowa łódź traci sterowność przechylając się na boki i ciągle nabierając wody. Nasza młodzież siedzi spokojnie nieświadoma zagrożenia. Płyniemy wolno 5-6 km/h. Mamy do przepłynięcia 80 km i troszkę nas to martwi, że przed zachodem słońca nie dotrzemy na miejsce naszego przeznaczenia. Co jakiś czas zatrzymujemy się na płyciźnie i trzeba wypychać łódkę.

Jest południe, deszcz leje już od rana, wszyscy jesteśmy przemoknięci i zmęczeni. Nasz silnik stracił moc, coś się popsuło. Zatrzymujemy się przy brzegu i rozkręcamy silnik szukając przyczyny awarii. Wymieniamy świece ale to nam nic nie zmienia, dostała się chyba woda o gaźnika. Po pół godziny ruszamy dalej. Wczoraj ugotowaliśmy makaron więc mamy obiad gotowy. Pod wieczór przypłynęło do nas stado delfinów jakby chciały się pożegnać. Płynęły z nami jakieś pięć minut co chwilę wynurzając się  z wody. Dopłynęliśmy do Puerto San Fransisco. Jest prawie ciemno. Wyciągamy nasze rzeczy z łodzi. Ładujemy wszystko na ciężarówkę i w wielkim deszczu wracamy do Chipiriri. Zmęczeni, przemoknięci ale szczęśliwi, że nasza misja się udała i że wszyscy są cali i zdrowi. 

 

Ks. Tomasz Denicki, Bulo Bulo, Bolivia 04,02,2014r.




< powrót


 

 
     

JHS REX - Copyright JOX

Copyright 2007 - Realizacja KreAtoR