Serwis Diecezjalny o Misjach

 
   
A A A
A A A A

19 stycznia 2022 r. Imieniny obchodzą: Marta, Henryk, Mariusz

  Pamiętajmy o misjonarzach - to nasze misjonowanie.    
Afryka
Czad
Wybrzeże Kości Słoniowej
Kenia
 
Ameryka Płd.
Boliwia
Brazylia
Peru
 
Ameryka Płn.
Kanada
 
Wschód
Białoruś
Rosja
Ukraina
Syberia
Kazachstan
Byli misjonarze Wschodu
Wspomnienia i świadectwa o Wschodzie
Statystyka Kościoła Katolickiego w Rosji
 
Listy Misjonarzy
Ks. Stanisław Tymoszuk
Ks. Andrzej Duklewski
Ks. Jarosław Wiśniewski
Ks. Marek Kujda
Ks. Wojciech Kobyliński
Ks. Jarosław Mitrzak
Ks. Marek Jaśkowski
Ks. Adam Przywuski
Ks. Jan Miedzianowski
Ks. Tomasz Denicki
 
Byli misjonarze
Ks. Leon Łodziński
 
 
MENU
Gdzie ich spotkamy
Kontakt
Jak pomóc?
Inne formy pomocy
 
INFORMACJE
Aktualności
Nowa książka ks. Andrzeja Duklewskiego
KOMUNIKAT w kwestii ODLICZEŃ PODATKOWYCH
Pierwszy kościół na syberyjskiej północy
Statystyki Misyjne
Wsparcie poprzez Kirche in Not
 
MEDIA
Wywiady z misjonarzami
Książki
 
INSTYTUCJE
PDM
PDMD
CEME
 
Przydatne linki
MIsjeNaFB
Strona Komisji Episkopatu Polski d/s Misji
Kościół Rzymsko-Katolicki na Białorusi
Parafia w Tomsku
Radio Wnet
Rodacy na Syberii
Pomoc Polakom na Wschodzie
Blog ks. J. Mitrzaka
UCANEWS
Papieskie Intencje Misyjne
 
Współpraca
Portal Sancti
Koło Misyjne WSD Siedlce
Misjonarze na Podlasie 24
 
 
Darmowy licznik odwiedzin
 
Wspomnienia i świadectwa o Wschodzie
 
 

 

Wybierz kategorie:

Początki wspólnoty w Jekaterinburgu. (2007-06-28 17:06:07)

Wspomnienia p. Czesławy Pietruszko.


 Boże zaradź memu niedowiarstwu[1].           

O początkach tak pisze naoczny świadek, mieszkanka Jekatierinburga, Polka, gorliwa katoliczka i działaczka polonijna, pani Czesława Pietruszko:
„Według spisu ludności z 1979 roku obwód Swierdłowski zamieszkiwało 3,5 tys. Polaków. Byli to ci, którzy wbrew wszelkim okolicznościom mieli odwagę oficjalnie przyznać się do swojego pochodzenia. Nie znając języka polskiego oświadczali, iż ten właśnie język jest ich ojczystym językiem. Pojęcie «rodzina polska» w sowieckim Jekatierinburgu nigdy nie istniało. Dopiero kiedy odrodziła się rzymskokatolicka parafia, okazało się, że takich rodzin jest bardzo dużo. Opowiedzieć o wszystkich znaczyłoby napisać obszerną, interesującą książkę. Można lakonicznie scharakteryzować każdą z nich słowami Lwa Tołstoja: «Wszystkie szczęśliwe rodziny są szczęśliwe jednakowo. Każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa po swojemu ».
 Ze wszystkich stron wielkiego miasta zjeżdżają się rodziny do jednej katolickiej świątyni aby oczyścić dusze od nagromadzonych przez dziesiątki lat kłamstw i wyrwać się z niewoli błędów. Idą bez żadnych wątpliwości. Idą i będą szli, ponieważ nadszedł ich czas. Na przykładzie życiowych historii kilku polskich rodzin z naszej parafii chciałabym zarysować ogólny obraz katolickiej wspólnoty w Rosji i przedstawić jej typowe rysy.
  
Zaraz po oficjalnym zarejestrowaniu w Jekatierinburgu rzymskokatolickiej wspólnoty, w małym pomieszczeniu Konserwatorium nastąpiła jej prezentacja. Po roku przysłali do nas księdza z Polski, który musiał zaczynać wszystko od zera. Nie było kościoła, a parafianie nie wiedzieli co się robi w czasie Mszy św. Ksiądz Jerzy Paczuski nie miał gdzie mieszkać.
Dziennikarze nie przestawali interesować się osobą księdza Jerzego. Po opublikowaniu wywiadów przychodziły wciąż nowe i nowe fale parafian. Czekaliśmy na świadków, którzy pomogli by nam zebrać jakieś informacje o życiu działającej kiedyś parafii. Cudem można nazwać to, iż Bóg zachował jedynego żywego świadka.
 Przede mną siedzi kobieta sędziwego wieku: chuda, siwowłosa, która zachowała młodzieńczą postawę. Subtelność rysów twarzy podkreśla przejmujący smutek w niebieskich oczach, świadczący o bólu w głębi duszy, ukrytym przed innymi. Nie wierzę, że mi się uda, że zacznę rozmowę z córką organisty pierwszej parafii pod wezwaniem św. Anny. Pani Zofia Zykowa, córka Stanisława, urodziła się w 1911 roku w Jekaterinburgu jako czwarte i zarazem ostatnie dziecko w rodzinie Chybów. Jej rodzice, Stanisław i Ewa, pochodzili z polskich zesłańców, którzy znaleźli się w Złotouście na południu Uralu. żeniąc się z Ewą Jakubowską pan Stanisław przeprowadził się do Jekaterinburga, gdzie otrzymał pracę w administracji miasta. Mając już czworo dzieci zbudował jednorodzinny dom.
 życie religijne rodziny Chybów jak również innych polskich rodzin było mocno związane z katolicką parafią utworzoną w 1876 roku. Wiele uwagi poświęcano budowie kościoła, którą ukończono i dokonano poświęcenia 4 listopada 1884 roku. Po śmierci pierwszego organisty, pana Teofila Krasowskiego, ojciec Zofii zaczął wypełniać jego obowiązki.
 W 1921 roku mała Zosia ukończyła 10 lat. Zaczęła uczęszczać do szkoły podstawowej przy parafii i była zakochana w swojej pierwszej nauczycielce pani Antoninie Nerygs. W domu rodzinnym królowała atmosfera wiary, pokoju i polskich tradycji. Nie zbyt długo trwało szczęśliwe dzieciństwo Zosi. Trudno jej było zrozumieć, co działo się wokół niej. Od 1920 roku wiele polskich rodzin opuściło Ural, wracali do Polski, która w końcu odzyskała wolność. Możliwe, że wyjechałaby również ich rodzina, ale zachorował pan Chyb, ojciec rodziny. Ponadto nie było nikogo, komu można byłoby przekazać obowiązki organisty w kościele. Kościół był pod nieustanną «troską» sowieckiej władzy, która i tutaj zaprowadzała swoje porządki. Razem z Rosją, jedyna w mieście katolicka świątynia, przetrwała rewolucję, wojnę domową i dostała się pod jarzmo totalnej walki z religią.
Wciąż silniej zagęszczała się i dławiła ludzi narastająca fala strachu. Powoli cichło parafialne życie. Teraz do kościoła przychodzono potajemnie. Po śmierci pana Stanisława Chyba, 8 września 1922 roku, zamilkły organy. Kościół oficjalnie funkcjonował jeszcze przez 8 lat. Ze szkoły parafialnej Zosię przeniesiono do powszechnej, sowieckiej, gdzie nauka języka polskiego i przykazań Bożych była zakazana.
 Nad wszystkim zawisło straszne słowo - więzienie. Bardzo szybko dziewczynka w praktyce zrozumiała, co ono znaczy. Do więzienia zabrali siostrę Marinkę, Janinę i brata Stanisława. Po pewnym czasie zabrano także męża Janiny, pana Kawczyńskiego i Antoninę Nerygs. Po roku więzienia siostry wróciły do domu, a Władysława, pana Kawczyńskiego i ukochaną nauczycielkę Zosi, rozstrzelano.
W 1924 roku aresztowano ostatniego kapłana, księdza Franciszka Budrysa. W końcu i on nie umknął śmierci. Zosię z mamą wysiedlono z rodzinnego domu i radzono opuścić miasto. Zameldowały się w niewielkim miasteczku pod Jekatierinburgiem, a faktycznie mieszkały u siostry Mariny.
Zamknięcie kościoła, duchowego centrum skupiającego polskie rodziny, doprowadziło je do rozproszenia i nieuniknionego, powolnego przekształcania pod naciskiem nadchodzących, nowych warunków życia. Taka była historia rodziny Chybów krótko przedstawiona przez panią Zofię. Czytelnik, który zaznajomił się z życiem tych dramatycznych lat może dopełnić ją swoimi osobistymi przeżyciami w kontekście przeżyć tej rodziny.
- Przyszłam do was - ciągnęła rozmowę pani Zofia - gdyż przeczytałam w gazecie, że znowu utworzono parafię. Chciałabym przychodzić do kościoła.
- A czy wiecie, że budynek naszej plebanii w pełni się zachował - poinformowała moja rozmówczyni.
-
wreszcie radosna wiadomość!
- Prawdą jest, że mieszkają tam ludzie, a domy są bardzo zniszczone, ale zachowały się takimi, jakimi je pamiętam - dopowiedziała ona.
Ta informacja wlała w nas nadzieję na to, że możliwe będzie w przyszłości odzyskanie cudem zachowanej własności parafii. Dzięki temu, my katolicy, poczuliśmy się nie zniszczonymi na tej ziemi, nie obcymi na niej. Pani Zofia pomogła nam złączyć to, co minęło z obecnym oraz uwierzyć w przyszłe. życiorys urodzonej na początku wieku, prawie stuletniej pani Zofii Zykow z domu Chyb, nie byłby pełnym bez opisania jej przeżyć za czasów sowieckiej władzy.
W latach trzydziestych, kiedy zamknięto kościół, wyszła za mąż za rosyjskiego chłopca. O zawarciu kościelnego związku małżeńskiego nie mogło być mowy. Mama i jej siostry bardzo się tym przejęły, ale nie było wyboru. Zawarli ślub cywilny. Byli szczęśliwym małżeństwem. On pracował jako nauczyciel fizyki w szkole, zaliczając się do grona szanowanych i dobrych nauczycieli w mieście. Zatroszczył się, żeby ich czterech synów otrzymało wykształcenie i wyrosło na porządnych ludzi. Tylko dzięki jego mądrości i miłości do żony i dzieci ich rodzina nie rozpadła się, mimo iż powodów do tego było mnóstwo. Szczególnie trudne były pierwsze lata ich wspólnego życia. Ledwo wzięli ślub, zjawił się nieoczekiwany gość, pracownik NKWD. Od więzienia, a w najlepszym przypadku od wysiedlenia, uratował ją pierworodny syn Walery. NKW- dzista milcząc patrzył na płaczące dziecko i uspokajającą go, karmiącą piersią młodą matkę. Prawdopodobnie zrobiło mu się ich żal. Zostawił protokół i uprzedził, że powinna go odwiedzać w każdym miesiącu. Zaniepokojony mąż zaczął wypytywać znajomych i przyjaciół o możliwości zakończenia tych poniżających odwiedzin. Niestety wszyscy bez wyjątku odpowiadali to samo: «Nic z twojego małżeństwa nie będzie, musisz się rozwieźć z tą Polką». Mąż dobrze znał rodzinę Chybów i z szacunkiem odnosił się do nich. Dał możliwość żonie, by została Polką, wierzącą, taką jaką ją pokochał. Dorastającym synom zostawił prawo wyboru. Inaczej nie mógł postąpić. Podobnie jak pani Zofia. Znalazła się na rozdrożu. Całe życie starała się zjednoczyć nie zjednoczone, przeszłe i obecne, co przywodziło do niejasności i konfliktów między jej dobrym rozumieniem życia i otaczającą rzeczywistością. To nie przeszkadzało jej zostać sobą i być godną Chybów, domu, który na całe jej życie pozostał obrazem rodzinnego szczęścia. Taki dowód mogła przedstawić dzieciom i mężowi przeciwko żywej i przekonującej sile argumentów przedkładanych ludziom przez sowiecką władzę. Za nią ciągnął się tren „nieprawomyślnej” - piętno za prawo bycia wolną.
 Budynek kościoła, bez krzyża, nazwano dworcem autobusowym. Tam, gdzie było prezbiterium, znajdował się bufet. Ona dokładnie nie pamięta, kiedy zniszczyli kościół. Pewnego razu przyszła pokłonić się z daleka, chociaż znieważonemu, ale dla niej świętemu. Przyszła i zobaczyła stos kamieni. Ale to jeszcze nie wszystko. Wydawało się, że zniszczyli dusze wszystkich katolików. Jej ojciec, matka, siostra i zięć, byli pochowani na katolickim cmentarzu. z mężem i dziećmi chodziła pomodlić się na ich mogiły. W końcu i tego ich pozbawiono.
 Już w 70-tych latach katolicki cmentarz, na którym spoczywało 1,5 tys. katolików, uległ sowieckiemu wandalizmowi. Działali zdecydowanie, z uporem, ale bezmyślnie. W oznaczony dzień podesłali na cmentarz maszyny. Buldożerem zepchnęli piękne nagrobki, koparką połamali je, a wywrotkami wywieźli jak śmieci na wyrobisko za miasto. Nagrobki zostały wywiezione, a trumny zostawili w ziemi. Zostały tylko stojące nad nimi cieniste drzewa. Tak chciałoby się powiesić na każdym pniu tabliczkę z napisem: «Tu spoczywa...» Ludzie pamiętajcie, prochy człowieka są poświęcone. Tabliczek nie ma, cmentarz nazwano skwerem. Nie ma na nim miłych zakątków, ławek, jak powinno być na skwerach. Przedeptane dróżki, po których z rzadka chodzą przechodnie. Tylko mieszkańcy z przyległych domów wyprowadzają tutaj swoje psy. Jednym słowem i cmentarza nie ma i skwer nie bardzo się udał.
 Cóż mówić o sytuacji duchowej męża, synów, gdy u niej samej od wszystkiego, co dokonywało się wokół, chwiała się wiara. Serce podpowiadało: tak być nie powinno! A gorączkowe życie brało górę, przekonując: tak właśnie jest! I wtedy modliła się słowami psalmisty: «Boże zaradź memu niedowiarstwu!» I pomógł, i zwrócił jej kościół, i wiarę w sercu. u schyłku życia.
 Synowie pani Zofii żyją oddzielnie. Starszy syn Walery jest naczelnym dyrektorem fabryki w Sewastopolu. Kiedy tam odradzała się katolicka parafia, on ofiarował pieniądze. Potem zadzwonił i zapytał: „mamo, jesteś zadowolona?” Szczęśliwa jest matka, kiedy 60-letni syn mierzy swoje czyny jej akceptacją. Szczęśliwa matka, która nie wzywała imienia Boga nadaremno. Swoim przykładem wierności Jemu dała więcej, niż mogła dać, dała zobaczyć Boga w swoim sercu.
 My kłócimy się obecnie o zabójstwa nienarodzonych dzieci i ona o mało nie popełniła tego ciężkiego grzechu. Ofiarą powinien był stać się ostatni z czterech synów. Przyszła do lekarza. Powiedział jej tylko jedno zdanie: „Według mnie pani nie jest jedną z tych kobiet, która mogła by to zrobić”. Zawstydziła się i wyszła. Urodziła syna. Stał się jej radością na starość. Będzie tym jedynym z czterech synów, który otrzyma sakrament Chrztu św w Wielką Sobotę. Ochrzczony nie w pieluszkach, jak powinno się to zrobić, gdy był dzieckiem. Staną przed Paschalną świecą, siwa jak gołąbek matka i poprószony siwizną jej najmłodszy syn, wnuk Stanisława Chyba, ostatniego organisty kościoła św. Anny.
 
 Praca jako modlitwa
 
 Wielu Polaków, z dawnych katolików, umarło i tutaj ich pochowano. Wielu wróciło do Polski. Nie zubożała jednak nasza kraina. Jest coś niesamowitego w tym, ponieważ na ich miejsce przyjechali inni: z Ukrainy, Białorusi, z nad Bałtyku i Wołgi. Pierwsi zbudowali tu świątynię - nowoprzybyłym przyszło odrodzić ją z popiołów. W liczbie tych właśnie znajduje się rodzina Stefanii i Roberta Paszkowskich. Przybyli do nas swoją niepowtarzalną drogą. Stefanię Paszkowską i jej liczną rodzinę często spotykam w kościele, a także bywałam u nich w domu. Okazuje się, iż mieszkają na końcu miasta i żeby uczestniczyć we Mszy św., przynajmniej w niedzielę, muszą przeznaczyć cztery godziny na drogę. Najpierw jadą autobusem, a następnie trolejbusem. Msza św. kosztuje - tak mawia starsza pani. Ich malutki domek zadziwił mnie ciepłem, a niewielki kawałek ziemi wokół niego swoim zagospodarowaniem. Była wiosna. W ich ogrodzie kwitły jabłonie, wiśnie, śliwy, tulipany, narcyzy. Równe grządki uśmiechały się zielenią szczypiorku, kopru, marchewki. Wydawało się, że tutaj zasiano wszystko, co może wyrosnąć i dojrzeć w czasie krótkiego, uralskiego lata. Patrząc, od razu wiadomo, że właściciele tego małego poletka kochają je i traktują jak skarb. Są bardzo z nim związani, ponieważ ta ziemia - po długich tułaczkach - stała się wszystkim, czego można pragnąć w starości.
 W rodzinie zgromadzone są rodowody Paszkowskich i Wasilewskich, zaczynając od prababć i pradziadków, opisanych przez najmłodszą córkę Nelę. w rodzinnej kronice jest zaznaczona każda gałązka ich rozłożystego genealogicznego drzewa.
 Urodzili się w żytomierzu. Robert w 1924 roku, a Stefania w 1928. Wstąpili w związek małżeński w kościele w Jabłoniewie, leżącym 20 kilometrów od Kamiennego Brodu, gdzie mieszkali. Ich życie długo krążyło po dantejskim kręgu, zanim spotkali się przy ołtarzu.
 Rodzina Wasilewskich w latach trzydziestych była rozrzucona. Ojciec Stefanii nie dożył tego dnia. Nie zobaczył jak jego gospodarstwo, z taką miłością tworzone, zniszczyli. żonę i ośmioro dzieci wysłano do obwodu Wołoszyłowgradzkiego - «głodnej krainy» - na śmierć. Wioska ich wysiedlenia nosiła symboliczną nazwę Biedzino.
Dziwnie to brzmi, że od ukłucia kolcem można umrzeć. Właśnie tak umarła mama Stefanii, która przeżyła 54 lata rodząc dziesięcioro dzieci, z których dwoje umarło na czerwonkę a później dwoje na zesłaniu.
 Wydawałoby się, że wojna to pojęcie zapowiadające niezliczone biedy. Dla Polaków, którzy zostali zesłani w «głodne strony», wieść o wojnie okazała się bardzo radosną. Dawała nadzieję powrotu do ojczyzny. Stefania wróciła do Kamiennego Grodu razem z rodziną brata. Paszkowskich rozdzielono, ale nie wysiedlono. żeby pomóc osieroconej rodzinie, karmiciel, który nie dożył tych dni - Robert, mając 16 lat zaczął pracować jako traktorzysta w kołchozie. Kiedy ich wioskę zaczęli okupować Niemcy, przeniósł się do fabryki fajansu i zaczął pracować jako ślusarz. Pewnego razu wziął ze stolarni fabryki trochę sody, żeby umyć się z kolegą w bani i o mało nie zapłacił tego życiem. Wezwali go do Rady, zbili i przygotowali na rozstrzelanie. Czekali na samochód, żeby zawieźć go do komendantury. Uratował go Niemiec Otto, który mieszkał w domu jego siostry. Uchodząc śmierci został wywieziony na roboty do Niemiec. Przepracował niepełny rok w fabryce prochu i zachorował na zapalenie płuc. Umieścili go w baraku dla umierających i chcieli wywieźć go do obozu koncentracyjnego, «do pieca». Taki był koniec wszystkich ciężko chorych. Powiedzieli mu: „Przygotuj się!” On przygotował się, ale samochód tego dnia nie przyjechał. Następnego dnia znowu to samo: „przygotuj się!” I stało się tak jak poprzednio - samochód nie przyjechał. Potem o nim zapomniano. Na szczęście mistrzowi fabryki był potrzebny dobry pracownik w gospodarstwie. Przyjął go jak syna, odkarmił Roberta, podleczył, traktował go bardzo dobrze. Młody chłopak odpłacił mu za to: kosił, pilnował koni, pasł krowy. Od ciężkiej pracy Bóg chronił Roberta chorobami. W 1944 roku zaczęła się u niego gruźlica kości nogi. Gospodarz umieścił go w szpitalu, w którym leczył się do końca wojny. Robert niejednokrotnie prosił, by mógł wrócić do domu. Odpowiadano mu wulgarnie, ale prawdziwie: „ty tam zdechniesz z głodu”. I rzeczywiście, kiedy wrócił w 1946 roku do domu, nic się tu nie zmieniło. Znowu pracował w kołchozie. Przepracowane dni zapisywano, ale nie wypłacano pieniędzy. Pytanie, czym nakarmić żonę i maleńką córeczkę, nie dawano mu spokoju. Z kołchozu nie wypuszczano. Można było wyjechać, jeżeli znalazło się pracę gdzieś w Rosji. Przyszło mu znowu zostawić wioskę i pojechać na północny Ural, krainę mało znaną, którą straszono dzieci. Stefania, nie lękając się komarów i trudów ciężkiego życia, pojechała za nim. Tutaj w gospodarstwie leśnym zbudowali dom. Praca w lesie opłacała się. Tu urodziła się najmłodsza córka Nela. Kiedy córki podrosły, Paszkowscy sprzedali dom i przeprowadzili się do Jekatierinburga, gdzie kupili następny. Robert Francewicz podjął pracę jako traktorzysta, a Stefania jako cukiernik w stołówce. Nela i Walentyna zostały ochrzczone w żytomierzu. Od razu, kiedy tylko zapalono paschalną świecę w Wielką Sobotę w kościele św. Anny w Jekatierinburgu, ochrzcili trzech swoich wnuków i trzy wnuczki. Zapytałam, co było w ich długim i pełnym ciężkich prób życiu, jego istotą. Oni odpowiadali: „praca”. «Będziecie się trudzić w pocie czoła» - tak powiedział Bóg. I jakby okoliczności nie starały się skazić ich misji, oni pozostali jej wierni. Gdzie by nie pracowali: w głodnych stepach Woroszyłowgradskiego obwodu, na niemieckich polach, sowieckich kołchozach, albo w surowych lasach północnego Uralu, praca była dla nich Bożym darem i dziękczynną modlitwą za niego.
           
 Złym wiatrom na przeciw
 
 Leonida, córka Józefa, z domu Mańkowska, znalazła się w Jekaterinburgu w sposób bardzo prozaiczny, nie pozbawiony jednak nuty romantyczności. Przyjechała z Berdyczowa odwiedzić brata i w miarę możliwości pobyć jakiś czas w jego rodzinie. Podobało się jej miasto, przyroda Uralu i jego folklor. śliczna, pełna uroku Polka, spodobała się rosyjskiemu chłopcu. Takim sposobem Mańkowska została Fiedosiejewą. Pochodząc z katolickiej rodziny podtrzymywała ścisłą więź z ojcowskim domem. Swoją wiarą, wiarą swoich synów Olega i Sergiusza, a także już wnuków, składa hołd swojemu ojcu Józefowi Mańkowskiemu, a także katolickiej parafii św. Barbary w Berdyczowie. Dopóki synowie byli mali, każdego roku jeździła z nimi do dziadka i babci. W tym mieście ochrzciła Olega i Sergiusza. Kiedy podrośli: zimą uczyli się w sowieckiej szkole, gdzie im wpajano ateizm, a latem, w czasie wakacji, uczyli się katechizmu od księży Ambrożego i Bernarda w parafii w Berdyczowie. Tam również zostali przygotowani do I Komunii św. Tak więc przez wiele lat w jej domu była oficjalna szkoła i nieoficjalne poznawanie Bożego prawa. Minęło wiele lat i wyjaśniło się, co przeważyło: domowy Kościół Mańkowskich, czy ogromna, wydoskonalona, propagandowa machina ZSRR. W trudach i zatroskaniu nie zauważyła jak dorósł Oleg. Na początku ukończył technikum. Poszedł do pracy. Szybko przedstawił jej swoją wybrankę Nataszę i uprzedził: „mamo, ona nie jest ochrzczona, ale zgadza się na wszystko”. Słowo «wszystko» oznaczało, że Natasza zgadza się na chrzest według katolickiego obrzędu, oraz wziąć ślub kościelny. Rodzina panny młodej nie sprzeciwiała się. Jeszcze w Jekatierinburgu nie było świątyni, więc pojechali do Berdyczowa ochrzcić synową i wziąć ślub. W tej również świątyni zostały ochrzczone dzieci młodych: syn Nikita i córka Kasia, wnuki Leonidy i prawnuki Józefa Mańkowskiego.
Z panią Leonidą i Sergiuszem poznaliśmy się, kiedy świętowaliśmy pierwsze katolickie Zmartwychwstanie w Domu Przyjaźni. Można powiedzieć. że wtedy parafia istniała tylko na papierze.
Zapowiedziany ksiądz Józef świdnicki, wiecznie zajęty, nie mógł do nas przyjechać. A my chcieliśmy godnie przeżyć święto. Przygotowaliśmy Paschę, pisanki pięknie pomalowane, bukiet z gałązkami wierzby, zapaliliśmy świece. Ktoś przyniósł wodę święconą z jedynej czynnej cerkwi w mieście, pokropił nią dary na stole. Modlitwy «Pobłogosław Panie Boże te dary» wtedy jeszcze nie znaliśmy, dlatego odmawialiśmy «Ojcze nasz». Takim prostym i skromnym było pierwsze paschalne spotkanie małej gromadki parafian. Myślę, iż Bóg widząc naszą szczerość usłyszał tę jedyną modlitwę, głęboką, w której odbijały się wszystkie nasze tęsknoty, nadzieje, związane z odrodzeniem się parafii.
Modliła się z nami pani Leonida z synem, dziękując Bogu, że pomógł im znaleźć jeszcze jedną świątynię i nie trzeba będzie jeździć na kraj świata, żeby się wyspowiadać i przyjąć Komunię św. Takim sposobem ich droga do kościoła św. Barbary zakończyła się szczęśliwie, a przedłużeniem stała się droga do kościoła św. Anny.
Szybko rodzina ta stała się oparciem naszych księży i naszą wielką radością. Oleg, jak kiedyś dziadek Józef, pomaga parafii w jej najpotrzebniejszych sprawach. Sergiusz Fiedosiejew, jak tylko przyjechał proboszcz parafii, został niezastąpionym ministrantem. Po ukończeniu Politechniki Bóg wezwał go do Przed-seminarium w Nowosybirsku, a obecnie uczy się w Sankt Petersburgu w Wyższym Seminarium Duchownym im. Królowej Apostołów. Gdzie by się Sierioża nie uczył, miejscem, gdzie spędza wakacje, jest nasza parafia. We wszystkim pomaga księdzu Jerzemu i księdzu Jarosławowi. Oczywiście spełnia również obowiązki pierwszego ministranta.
Dziwne, że taki malutki domowy Kościół pani Leonidy, zbudowany jej trudem i modlitwą, ostał się mimo przeciwnych wiatrów buszującego ateizmu. stał się zwycięzcą w konfrontacji z groźną i, jak się okazało, bezsilną propagandą.
Bo gdy płonie w mroku świeca, wszyscy zbierają się wokół niej i widzą, że nie są samotni.
Czesława Pietruszko


[1] Pod tym tytułem ukazało niniejsze opracowanie Czesławy Pietruszko jako artykuł w „Sybirska Katoliczeska Gazeta”, listopad 2000 r. Tekst ten autorka miała już napisany na maszynie w 1996 r. Otrzymał go od niej klaryk naszego seminarium Tomasz Duda, który był w tym czasie w Jekatierinburgu. Po powrocie do Polski przetłumaczył go na język polski i w jego tłumaczeniu zamieszczamy tutaj ten tekst.



< powrót




Wy¶lij do:
Nazwisko i imię*:
Adres e-mail*:
Nr telefonu:
Tytuł zapytania*:
Tre¶ć*:

 

 
     

JHS REX - Copyright JOX

Copyright 2007 - Realizacja KreAtoR