Serwis Diecezjalny o Misjach

 
   
A A A
A A A A

19 stycznia 2022 r. Imieniny obchodzą: Marta, Henryk, Mariusz

  Pamiętajmy o misjonarzach - to nasze misjonowanie.    
Afryka
Czad
Wybrzeże Kości Słoniowej
Kenia
 
Ameryka Płd.
Boliwia
Brazylia
Peru
 
Ameryka Płn.
Kanada
 
Wschód
Białoruś
Rosja
Ukraina
Syberia
Kazachstan
Byli misjonarze Wschodu
Wspomnienia i świadectwa o Wschodzie
Statystyka Kościoła Katolickiego w Rosji
 
Listy Misjonarzy
Ks. Stanisław Tymoszuk
Ks. Andrzej Duklewski
Ks. Jarosław Wiśniewski
Ks. Marek Kujda
Ks. Wojciech Kobyliński
Ks. Jarosław Mitrzak
Ks. Marek Jaśkowski
Ks. Adam Przywuski
Ks. Jan Miedzianowski
Ks. Tomasz Denicki
 
Byli misjonarze
Ks. Leon Łodziński
 
 
MENU
Gdzie ich spotkamy
Kontakt
Jak pomóc?
Inne formy pomocy
 
INFORMACJE
Aktualności
Nowa książka ks. Andrzeja Duklewskiego
KOMUNIKAT w kwestii ODLICZEŃ PODATKOWYCH
Pierwszy kościół na syberyjskiej północy
Statystyki Misyjne
Wsparcie poprzez Kirche in Not
 
MEDIA
Wywiady z misjonarzami
Książki
 
INSTYTUCJE
PDM
PDMD
CEME
 
Przydatne linki
MIsjeNaFB
Strona Komisji Episkopatu Polski d/s Misji
Kościół Rzymsko-Katolicki na Białorusi
Parafia w Tomsku
Radio Wnet
Rodacy na Syberii
Pomoc Polakom na Wschodzie
Blog ks. J. Mitrzaka
UCANEWS
Papieskie Intencje Misyjne
 
Współpraca
Portal Sancti
Koło Misyjne WSD Siedlce
Misjonarze na Podlasie 24
 
 
Darmowy licznik odwiedzin
 
Ks. Jarosław Wiśniewski
 
 

 

Wybierz kategorie:

List2 (2010-07-22 22:07:13)

Polski kościół

Grunwaldzkie kazanie w Taszkiencie 

Od pół roku szukam klucza do “polskich serc” w Uzbekistanie.

W  Taszkiencie zarówno Uzbecy jak i Europejczycy nazywają katolicką świątynią “polski kościół”. W tej “polskiej” świątyni odbywają się nabożeństwa po angielsku, rosyjsku i po koreańsku co tydzień. Na “polska Msze” paradoksalnie przychodzi kilka osób i to raz w miesiącu. Wystarczy palców jednej,, maksimum dwu dłoni, żeby policzyć ilu Polaków w 3 milionowym mieście korzysta z “usług” polskiego kościoła.


         
 Za
 

 

 

Litewski Proboszcz

 

U początków działalności świątyni bywały konflikty z proboszczem co prowadziło do chwilowego bojkotu. Był to jednak człowiek pochodzenia litewskiego. Budowa świątyni pochłaniała go bez reszty i nie zdziwię się jeśli w ten czy inny sposób mógł on polska diasporę do siebie zrazić. Są pisemne świadectwa tych tarć. Polonusi zarzucali księdzu Pranajtisowi, że zbyt wiele środków wykorzystał na budowę plebanii i zbyt długo zwleka z budowa kościoła. Ten się bronił, że plebania pełni rolę kaplicy wiec musi być piękna. Na kościół nie miał długi czas środków i nawet w swojej apologii wyrzucał Polonusom, ze zbyt mało ofiar złożyli, by od niego wymagać cudów architektonicznych. Tym niemniej cud się dokonał. Sprzyjała temu paradoksalnie pierwsza wojna światowa i obecność dużej grupy jeńców wojennych z austrowęgierskiej armii. Było tam mnóstwo katolików i za zgoda miejscowych władz rosyjskich włączyli się jako wolontariusze we wznoszenie świątyni. Prace nad budowa trwały już ponad 2 lata. Począwszy od 1912 roku ksiądz Justyn z trudem wznosił fundamenty.

 

Austro - Węgrzy

 

Wśród jeńców byli inżynierowie i architekci. Był tez wybitny rzeźbiarz z Budapesztu o nazwisku Gatcz. O jego niesamowitym talencie rzeźbiarskim i organizatorskim zachowały się wspomnienia młodego rzeźbiarza polskiego pochodzenia z Petersburga o nazwisku Krestowski.

Spośród kilkudziesięciu rzeźb do dnia dzisiejszego przetrwała tylko jedna.

Leży jak scytyjska baba bez Glowy dłoni i stop z tylu kościoła i czeka na lepsze czasy. Są zdjęcia z placu budowy. Można na nich dostrzec piękne i monumentalne figury 4 ewangelistów u wejścia do kościoła i 12 figur apostołów na balustradzie wokół świątyni. Widać figurę ECCE HOMO nad głównym wejściem i dwie zachowane płaskorzeźby Męki Pańskiej nad bocznymi drzwiami.

Dwie boczne wierze wieńczyły krzyże Złoczyńców wykonane bardzo realistycznie.

Takiego niezwykłego rozwiązania architektonicznego nie widziałem nigdzie.

Dla historii architektury w tej części świata Gatcz dokonał nie mniej niż Gaudi dla Barcelony. Jak sadze byli jednakowo oryginalni i genialni…

Mało się pewnie mówi o tym w Europie ale w Taszkiencie to się odczuwa.

Nasza katedra jest warta dziennikarskiego lepszego niż moje pióra.

Sowieci

 

Cudownie świątynia przetrwała wiele komunistycznych przeróbek.

Była wykorzystywana jako dom studencki, skład akademii medycznej, prosektorium.

Przetrwała trzęsienie ziemi w 1966-m roku, ale ruiną stała się się całkiem niedawno na oczach średniego pokolenia mieszkańców miasta.

Dopiero po roku 1981-m kiedy to władze sowieckie uznały, ze jest to pamiątka historii i architektury i przystąpiły do restauracji. Planowano stworzenie filharmonii.

Przywieziono na teren budowy dźwig, zdjęto dach i zrujnowano sztuczne pietra w nawie głównej. Po kilku latach zaczęły się w Rosji przemiany. Pieniądze na projekty Ministerstwa Kultury przestały wpływać albo znikały w drodze. Pośród ogólnego chaosu kościół niszczał w zastraszającym tempie. “Czarnobyl mentalny” zarażał i niszczył coraz większą ilość dusz. Cierpiały również zabytki.

 

Odrodzenie

 

W międzyczasie w Taszkiencie podobnie jak i w innych okolicach sowieckiego imperium powolutku odradzały się katolickie wspólnoty i równolegle do nich czasami z dużym entuzjazmem na podobieństwo słomianego ognia. Co ciekawe cos co zdaje się naturalne: harmonijna współpraca kościoła z polonia w dawnym ZSRR nie było takie oczywiste. W Taszkiencie takiej współpracy sprzyjał ksiądz Jozef Świdnicki.

Przyznał się w rozmowie ze mną, ze członkami założycielami byli na początku Żydzi, Tatarzy, Uzbecy, Ukraińcy i nawet ateiści. Polacy dołączyli do tej grupy nieco później kiedy było już kupione pomieszczenie dla kaplicy na ulicy Saperów.

Pewna Ukrainka o imieniu Marina rozkleiła 40 ogłoszeń wykonanych ręcznie na większości stacji metro w mieście.  Takim sposobem do nowopowstałej katolickiej wspólnoty zaczęła napływać nowa krew. Księdza Jozefa wżywał do siebie “wyznaniowiec” z pogróżkami, ale czasy już się zmieniały i takie pogróżki tylko dopingowały do pracy. Kapłan obiecał, że rozwiesi 400 ulotek jeśli trzeba. Marina po kilku latach wstąpiła do zakonu, odbyła  nowicjat i 16-letni staż w Polsce i dziś pracuje w zespole sióstr Franciszkanek w kazachskim Pawłodarze. Ksiądz Jozef w międzyczasie oddal klucze od parafii Franciszkańskiemu Kaplanowi Krzysztofowi Kukułce. Sam w 1992-m roku przeniósł się na Syberie a od 1997-go roku rezyduje w rodzinnej parafii Murafa pod Winnica na ukraińskim Podolu.

Kiedy niedawno odwiedzał nas Prałat Jozef Świdnicki to najstarsi członkowie polskiego towarzystwa “Świetlica” przypominali mu jak chodząc po mieście uczył ich śpiewać “płynie Wisła płynie”. Tym niemniej stało się coś niedobrego. Po księdzu Świdnickim przyjechali do Taszkientu Franciszkanie z Polski. Zdawałoby się teraz jak nigdy przedtem polskość z taszkienckim kościołem będzie związana na zawsze.

Bez winy ojców Franciszkanów doszło do katastrofy…

 

Polonia

 

Ksiądz Krzysztof Kukułka nie spełnił oczekiwań Polonusów w tym sensie ze nikogo nie głaskał. Był wymagający i podobnie jak pierwszy proboszcz taszkiencki podporządkowywał wszystkie siły sprawie odbudowy kościoła.

To była heroiczna sprawa. Bez jeńców Austro-węgierski i bez gotówki w kieszeni ksiądz Krzysztof podjął się niewiarygodnego zadania. Podobno zobowiązał się wobec władz Ministerstwa Kultury, które do dziś prawnie zarządzają świątynią, że do roku 2000-go kościół będzie jak nowiutki.

Rzecz jasna, że nie miał czasu się ceregielić z krnąbrnymi parafianami.

Być może zasłużył sobie na podobne plotki jak ksiądz Pranajtis.

Owszem była “polska msza” jakiś czas nawet co tydzień.

Skoro jednak Franciszkanie dostrzegli, że Polaków na tych Mszach jest coraz mniej stopniowo zaczęli się wycofywać z prowadzenia etnicznego duszpasterstwa. Polonusi zajęli się swymi sprawami. Doszło do licznych rozłamów. Mamy dziś 5 polskich organizacji i jak wspomniałem kilka osób na comiesięcznej “polskiej Mszy“.

Pośród obywateli uzbeckich w rubryce narodowość 3 tysięcy osób zadeklarowało polskie pochodzenie z tego polowa w Taszkiencie. To niemało, gdy się zważy, że nawet we władzach towarzystwa są osoby z zadeklarowana narodowością rosyjska czy azerska.

Ludzie w czasach sowieckich niechętnie przyznawali się do polskości mając świadomość swego pochodzenia skrywali je, bo to mogło zaszkodzić ich karierze naukowej i zawodowej. Realna wiec liczba osób z polskimi korzeniami jest dużo liczniejsza. Każda z 5-ciu polskich organizacji deklaruje, ze ma ponad 1000 członków. Ja jestem skłonny Wierzyc tym szacunkom. Tym bardziej jednak dziwi mnie ten bojkot kościoła.

 

Sporadyczne zmiany

 

Sporadycznie sytuacja się zmienia.

Na 1-go listopada księża są zapraszani na cmentarze polskich żołnierzy generała Andersa. Nie wiem jaki w tym udział maja polskie organizacje, bo ani razu nie byłem na tych nabożeństwach. Mam do obsługi parafie w terenie i mój grafik nie pozwala mi na odwiedziny cmentarzy w ustalonym przez Ambasadę czasie.

Domyślam się jednak, że polonusi bywają na tych modlitwach.

14-go listopada w sobotę na “2-gim festiwalu polskich szlagierów”, jaki odbywał się w kościelnej auli św. Antoniego były tłumy. Choć działo się wszystko przy kościele to jednak impreza była świecka i nie było wielu powodów do radości.

Za jakiś czas w kościele  odbywała się msza za pewna zmarłą działaczkę polonijną.

Przyszły tłumy. Kilka rożnych polskich organizacji pojednało się na chwile. Było sporo muzyków, były znane twarze ze światka kultury i z Ambasady.

Ustalono, że na koncercie nie będzie bisów i oklasków. Pewien uzbecki saksofonista próbował przekonać publiczność, ze babcia by im tego nie miała za złe…

Miałem wrażenie, że jest pijany…

Na Wielką Sobotę sporo polonusów poświęcało koszyczki z potrawami świątecznymi ale na wielkanocna Msze już ich nie było…

Sprawdziłem to osobiście, bo poszedłem po południu na spotkanie ziomkostwa w siedzibie Świetlicy i nikt się nie krył z tym, że moja obecność dała im “poczucie święta”. Jeszcze raz poświęciłem koszyczki tym co nie byli w sobotę. Robiłem głupie miny dzieląc się jajkiem z “polskimi poganami” ale poczucie niesmaku pozostało.

Największy sukces miała nasza świątynia z okazji tragicznych wydarzeń pod Smoleńskiem. Przyszło na wieczorną Msze po polsku ze 200 osób. W ciągu tygodnia przychodzili ludzie z kondolencjami. Portret prezydenta i księga pamiątkowa była wystawiona cały tydzień. Było sporo kwiatów i nie gasły świece.

 

Dziecięca choroba

 

Dostrzegłem, że nasi Polacy w Taszkiencie przeżywają nie tylko letarg ale jak to mawiali klasycy komunizmu “chorobę dziecięcą” czyli brak ludzkiej troski i dopingu. Na spotkaniu z księdzem Józefem przypomnieli mu jakże to było miło gdy siadali po Mszy świętej pić herbatkę. Owszem taki zwyczaj jest w kościele. Na herbatkę spotykają się obecnie Koreańczycy, grupa lektorów we czwartki, dzieci z grupy katechetycznej naszych sióstr “Kalkutek” oraz młodzież. Rzeczywiście, nie ma w kościele herbatek dla Polonusów.

Postanowiłem spróbować.

Okazja sama się napraszała.

Zadzwoniłem do szefowej najstarszej organizacji pod nazwa Świetlica. Powiedziałem, że zbliża się rocznica bitwy pod Grunwaldem i ze z tej okazji warto wypić herbatkę. Zadzwoniłem

 

Przedziwna Msza

 

Zapomniałem zrobić zakupy.

Byłem tego tygodnia na wycieczce w Samarkandzie. Sporo dzieci jechało ze mną “na dziko”, bez własnego autokaru, jak popadnie. Wróciłem zmordowany i wyszło mi z głowy, że obiecałem polonusom po Mszy niedzielnej rocznicową herbatkę.

Gdy dostrzegłem jaki tłum wali do kościoła skonsternowany poprosiłem ministranta by pobiegł do sklepu nieopodal. Kupił dwie duże butelki Coca-coli, paluszki, lody. Malutko jak na taka wielką imprezę. Okazało się jednak, ze polonusi tez przynieśli łakocie. Jak w tej historii z karmieniem tłumów pozostało jeszcze parę talerzy odłamków…

Szybko zaparzyliśmy dwa dzbany herbaty i nawet się nie spostrzegłem jak zawiązała się rozmowa na temat kazania.

Byłem na Mszy tak roztargniony, ze nawet nie pamiętam dokładnie co mówiłem na temat Samarytanina i jak przeszedłem do opowieści grunwaldzkich.

Przyczyn memu roztargnieniu było kilka.

Po  pierwsze nie było organistki. Wszystkie pojechały na koncert organowy do odległego miasta Urgencza. Drugi powód to dobroć pewnej polonuski z Chicago. Póki rozdawałem stare śpiewniczki zachodząc w głowę co śpiewać na liturgii ona przyniosła całą paczkę nowych śpiewników z Chicago.

Póki ćwiczyliśmy pieśni nadciągnęła pani Konsul z synem. Nie widzieliśmy się od czasów pierwszej tury wyborów. Ja zawsze “kompleksuję” w obecności tych wysokich urzędników. Niestety oni też mimo starań proboszcza są rzadkimi gośćmi w kościele. Jeśli jakaś zażyłość się tworzy to tylko miedzy nimi i proboszczem. Ksiądz Lucjan ma teraz 2 miesiące urlopu zaległego za dwa lata i to jedyny powód, że po długiej przerwie znów te polską Mszę odprawiam właśnie ja…

 

Komplementy

 

Musiałem wyglądać na tej Mszy okropnie.

Prócz dzikiej wycieczki miałem za sobą jeszcze wyjazd do Angrenu i trzy msze poranne. Na angielskiej tłumaczyłem kazanie Biskupa, na rosyjskiej spowiadałem, koreańską odprawiałem sam. Gdy Koreańczycy się rozchodzili zaczęli nadciągać Polacy.

Język plątał mi się strasznie. Dostrzegłem, ze w tekście wstawiam typowe dla rosyjskiego zwroty. Czułem jednak, że udaje mi się trzymać patriotycznej nuty i że piosenki z nowego śpiewniczka pomagają zachować dyscyplinę i nastrój…

Nawet udało mi się zaśpiewać prefację, co chwilami zdaję mi się łamigłówką.

Owszem wspomniałem pod koniec Mszy, ze mamy dzień św. Benedykta i opowiadając o klasztorze w Monte Cassino powiązałem to z losami naszych taszkienckich żołnierzy. Nie będę ukrywał miałem tremę. Tak bardzo bym chciał się zaprzyjaźnić z naszymi polonusami ale zawsze wyczuwam dystans.

Usłyszałem jednak pod swym adresem taka ilość szczerych komplementów jakich dawno nie było i nawet nie mogłem się tego spodziewać.

 

Lista obecności

 

Nie, nie było nas 200 osób. Jedno zero można zabrać.

Pani konsul była z synem. Polonuska z Chicago z mężem (czeskie korzenie wiec gada po polsku). Dwie siostry Tagijewy z azerskimi korzeniami(ich tato zapoznał mamę Polkę w czasie 2 wojny światowej i zabrał ze sobą do Taszkientu), czterej chłopcy z zespołu “Społem” (dwaj o imieniu Paweł, jeden Eliasz, czwarty anonimowy przyprowadził ze sobą girl-friend) i skrzypaczka. Trzy dziewczęta z zespołu Bawełnianki, jedna rezolutna blondynka średniego wieku z Towarzystwa Świetlica, szefowa konkurencyjnej organizacji zdaje się z Polonii lub z Zarzewia.

Widujemy się tak rzadko, ze mam prawo się mylić…

Kilka osób mogłem zapomnieć albo nie doliczyć, myślę, ze było nas 20-tu.

Nie, nie są to tłumy i nie jest to szczyt Marzen….

Tym niemniej 20 osób na polskiej Mszy w Taszkiencie w sezonie letnim to było nie lada zwycięstwo, wręcz grunwaldzkie bym rzekł. Okazuje się, że Grunwald nadal.   Inspiruje a nawet wzbudza kontrowersje. Tego dnia podobna ilość wiernych była na mszach angielskich i na koreańskiej. Rosyjskojęzycznych przyszło jak zwykle najwięcej, bo aż 70 osób…

Nadal Polacy są na szarym końcu w tej ilościowej konkurencji.

Tym niemniej ja się cieszę i choć minęły trzy doby nadal. mam podniosły nastrój “grunwaldzkiej Viktorii”.

Zamiast dwu mieczy miałem dwie butelki z Coca-cola i dwa czajniki z herbata.

Reszty dopełniła rozmowa.

Recepta na sukces

 

Okazuje się ze sprawa jest dość prosta.

W czasach antycznych chrześcijanie modlili się w sobotę wieczorem a po modlitwie pozostawali do samego rana na uczcie miłości czyli Agape. Te tradycje odnowili członkowie ruchu neokatechumenalnego. Istnieje ten zwyczaj w większości wspólnot protestanckich. Herbatę tam się pije i przed i po modlitwie. Wiele katolickich wspólnot na misjach już dawno korzysta z tego prostego środka ewangelizacji. Więzy zacieśniają się dużo mocniej gdy nie tylko się razem modlimy ale również gdy świętujemy małe i duże daty.

Dostrzegłem na pewnym nabożeństwie baptystów, że na początku modlitwy pastor wymienia imiona wszystkich kto w danym tygodniu ma urodziny…

Potem się to celebruje!

Mało tego w Japonii jest francuski misjonarz, którego zna cały kraj. Nazywa się go popularnie Obaka-san czyli “głuptasek“.

Zamiast parafii prowadzi knajpę.

Przychodzą do niego nie tylko chrześcijanie. Wielu pogan chce z nim wypić kielicha i porozmawiać o życiu. Ksiądz nie odmawia. Pozostaje dla mnie sekretem czy po drodze nie wpadł w alkoholizm. Tym nie mniej chrześcijańska gościnność, w tym wypadku polska czy uzbecka gościnność dala rezultat.

Najbardziej genialne SA rzeczy proste.

 

Długie pożegnanie

 

Tak bardzo się cieszę, że polonusi w Taszkiencie powracają do kościoła…

Gdyśmy się rozchodzili po herbatce najpierw na taksówkę siadły dwie siostry Tagijewy. Spieszyły się do chorej mamy. Zdążyły mi jednak podziękować, ze pomodliłem się za ich zdrowie w modlitwie wiernych. Ja to zrobiłem w sposób bezwiedny, rutynowo, że tak powiem i już zdążyłem o tym zapomnieć.

One jednak pamiętały.

Pieszo pobiegł w stronę domu dwumetrowy Pasza (Paweł) z zawodu lekarz.

Reszta młodzieży to członkowie dwu zespołów taneczno-muzycznych Społem i Bawełnianki.

Społem zostało na przystanku koło ortopedii, jechali na dzielnicę Kadyszewa. Bawełnianki jechały na Czelanzar i szły na inny przystanek, by siąść na autobus 80-ty za rogiem, wiec choć się dziwiły szedłem z nimi dalej.

Rozmawialiśmy o górach, bo one tam były niedawno. Dopytywałem się jak najlepiej dojechać pociągiem na sąsiadujące z Taszkientem wzgórza, okazuje się nie jest to wcale trudne. Bawełnianki to trzy rodzone siostry, które śpiewają polski repertuar wspólnie z mamą i z bratem. Z nimi znam się lepiej, bo dwukrotnie zapraszałem na mini koncerty do swej parafii dojazdowe. Zima zaprosiły mnie nawet na kolędę mimo, ze są nominalnie prawosławne.

Robiło się ciemno a ja dalej szwendałem się po ulicach Taszkientu zadowolony ze swego grunwaldzkiego sukcesu. Zbliżałem się do przystanku na którym pozostawiłem młodzież z zespołu Społem. Jakież było moje zdziwienie gdy dostrzegłem, ze dwoje z nich skrzypaczka i akordeonista Ilja stoją na przystanku nadal.. Spytałem czy tak długo nie było autobusu a oni mi rzekli, ze owszem były Az dwa ale oni czekali na mnie by mnie do kościoła z powrotem odprowadzić, bo im się wieczór tak spodobał.

Co tam było tak pięknego nadal. Nie pojmuję: herbata, coca-cola, kazanie???

 

Dziwne misje

 

Czytając moja opowieść w Polsce ktoś wzruszy ramionami: “z czego tu się cieszyć?

Z tego że było w niedziele w kościele 13 osób w stolicy pewnego azjatyckiego państewka?” W Polsce przy takiej frekwencji ksiądz nie zechce w niedzielę odprawiać. Myśmy też zrezygnowali. Polska Msza jest tylko raz w miesiąc, bo zdarzało się, że przyszły 2 osoby...

Takie są właśnie nasze radości.

Takie dziwne są te nasze misje.

Parafia odrodziła się w 1988-m roku.

Rosła w przeciągu lat 10-ciu. Bywało w kościele do 400-tu osób.

Potem stało się cos…

Parafia zaczęła szczupleć!

 

Pogrom “białych”

 

Trzy razy zaprzyjaźnieni z al-Kaidą wahabici inspirowani przez afgańskich Talibów próbowali zamordować uzbeckiego prezydenta Karimowa. On ma małżonkę Rosjankę. Pełni ona rolę biblijnej Estery. Dzięki jej wstawiennictwu a także wpływowi dwu “europeizowanych córek” prezydent milcząco toleruje, a może nawet jak sądzą niektórzy sprzyja Europejczykom. Było ich wtedy w latach 90-tych w Taszkiencie około 60-ciu procent. Po tych kilku zamachach i fali nienawiści w mieście spotykało się napisy: “Rosjanie pozostańcie, potrzebni nam wasi synowie jako niewolnicy i wasze córki na prostytutki!”.

Na skutek nie trzeba było długo czekać. Kolejki w Ambasadzie rosyjskiej były okropne. Wszyscy chcieli emigrować do Rosji. W międzyczasie wyludniały się dzielnice i cale miasteczka niemieckie jak na przykład sąsiadujący z Taszkientem Angren, Ałmałyk, Czyrczyk czy Gezelkent. Wielu Żydów pospiesznie wyjechało do Izraela, emigrują aktywnie również Polacy.

Zdarzało się, że ludzie w panice sprzedawali luksusowe domy za przysłowiowe 100 dolarow i odjeżdżali nie pakując rzeczy. Wielu po prostu porzucało domy. W pośpiechu. Do dziś można zobaczyć w terenie krajobraz jak po bitwie: wielopiętrowe domy z ziejącymi pustką oknami.

Dzisiaj w Taszkiencie tylko 20 procent mieszkańców ma europejskie pochodzenie.

Reszta to Uzbecy czyli nominalni muzułmanie. Ponieważ przybyli z “kiszlaków” ich tradycyjne obyczaje wiejskie i przywiązanie do islamu jest wielkie.

Minie sporo czasu zanim powstanie nowy konsensus.

Oni muszą się dotrzeć z tymi co pozostali.

Myślę, że to się odbywa z pożytkiem dla nowych przybyszy.

Dopiero w Taszkiencie widać wyraźnie, ze Rosjanie to kawałek Europy.

Lenin kiedyś przysłał do Taszkientu cały pociąg z leningradzka i moskiewska profesura wiec uważa się, ze przyjezdni to ludzie wysokiej kultury.

Niedawno powstała nawet tendencja, by uzbeckie dzieci posyłać do rosyjskich szkół.

Popularne są w Taszkiencie rosyjskie teatry i kafejki.

Świadomie czy nie, ale faktem jest, że władze uzbeckie zaniedbały kulturę naukę.

W te lukę zjawiają się też filie moskiewskich uniwersytetów.

Dla wykładowców to niezły biznes, bo również tutaj chcą się uczyć dzieci z bogatych rodzin uzbeckich…

Kolejny paradoks Wschodu?

A może po prostu taka sobie post-kolonialna nostalgia.

 Wątek religijny

 Nic wiec dziwnego, ze kościół się wyludnia zamiast zapełniać.

Nic dziwnego, ze każda okazja, pretekst dla powrotu choćby niektórych jest dobry.

Matejko przedstawił grunwaldzka bitwę w sposób dyskusyjny. Pokazał męstwo Witolda i tchórzostwo Jagiełły. Wskazał też na watek religijny.

Ten właśnie watek wykorzystałem w kazaniu.

Pomogło.

 

Ks. Jarosław Wiśniewski

www.orient.to.pl

Taszkient 13 lipca 2010




< powrót


 

 
     

JHS REX - Copyright JOX

Copyright 2007 - Realizacja KreAtoR